Polskim artystom przestała wystarczać rodzima publiczność i powoli starają się dokonywać ekspansji zagranicy. I bardzo dobrze, mamy przecież coraz więcej powodów do chwalenia się. Przykładem tego zjawiska są takie polskie zespoły i artyści jak: BOKKA, Baasch czy niedawne japońskie podróże The Dumplings. Jest jednak zasadnicza różnica – oni tworzą w języku angielskim. Król ze swoimi polskojęzycznymi dokonaniami porywa się więc nieco na głęboką wodę. Nie ma co ukrywać, jego teksty, jak sam wspominał w wywiadach, tworzą obrazy w wyobraźni słuchaczy. Co wtedy wyobrażają sobie obcokrajowcy? Jeden z najistotniejszych filarów jego muzyki w tym przypadku nie istnieje. Na szczęście Król wydaje się tym nie przejmować i nie wyskakuje z żadnymi nieszczerymi, wyuczonymi frazesami, które najczęściej przyprawiają o mdłości.

Po występie na Spring Breaku czułem jakiś nieokreślony niedosyt. Muzycznie było bez zarzutu, jednak panowała niekorzystna atmosfera, która chyba udzieliła się Królowi – wydawał się być trochę spięty, rozkojarzony. Moje przypuszczenia zostały później potwierdzone podsumowaniem na Facebooku, w którym określił organizację festiwalu: „2/10, trochę żal”. Piątkowy koncert we Frankfurcie rządził się na szczęście zupełnie innymi prawami. Jego główną zaletą była nadzwyczajna kameralność i plenerowa scena umieszczona między enerdowskimi, opuszczonymi blokami, wyglądająca nieco jak jeszcze bardziej hipsterskie i kompletnie niszowe KontenerART, o istnieniu których nikt nie wie. Drugą kwestią była promocja samego koncertu ograniczająca się do kilku małych plakatów na słupie ogłoszeniowym, co sprawiło, że czułem się jak na eksperymentalnym występie Boba Dylana, który zagrał koncert tylko dla jednej osoby. W tym przypadku wydarzeniem zainteresowało się dziesięć osób i pies, z czego połowa raczej przyszła wypić piwo i pogadać ze znajomymi. Spróbujcie wyobrazić sobie jak genialnie i oryginalnie brzmiało w tak intymnej atmosferze rozpoczynające koncert „Bez korzeni”, które dzięki zapętleniom pierwszego zdania z utworu sukcesywnie podnosiło psychodeliczny nastrój i chęć całkowitego zatracenia się w muzyce, podtrzymywane dalej przez takie numery jak „Start”, nieco egzotyczny „Szlag” czy liryczną „Tajemnicę”. Kulminacyjnym punktem występu był prawdopodobnie najlepszy utwór Króla pt. „Zaklęcie”, który pogłębił całkowite zatracenie i co najważniejsze – brzmiał jeszcze lepiej w wersji koncertowej za sprawą wyraźniejszego, niesamowicie chwytliwego basu w refrenie. Cały set zamknęło „Szczenię” pochodzące z pierwszej płyty artysty.

Król z zespołem zrobił coś, co jest nieosiągalne dla większości wykonawców. Pomimo wypracowanej pozycji i coraz większego rozgłosu w Polsce, nie stanowiło dla nich problemu zagranie darmowego koncertu dla dziesięciu osób, i, co najważniejsze, było to całkowicie naturalne, niewymuszone i bezpretensjonalne. Błażej jest żywym dowodem na to, jak bardzo na lepsze zmieniła się polska scena muzyczna i jest przy tym bardzo szczery, co widać po jego ekspresywnej mimice, spontanicznych okrzykach.

Nie ma więcej wpisów