Fucked Up kontynuują swoje Zodiac Series robiąc to w bardzo udany sposób. Czym jednak jest Zodiac Series? To nic innego jak EP-ki Fucked Up z wszelkiego rodzaju odrzutami, samplami, przetworzonymi dźwiękami i wplecionymi w to utworami. Te wydawane są co prawda nieregularnie, aczkolwiek od debiutu grupy ukazało się ich już siedem – łącznie z najnowszą nazwaną „Year of the Hare”.

Fucked Up to jedna z definitywnie najciekawszych kapel, w które hardcore punk obrodził w ostatniej dekadzie. Lubię takie nietuzinkowe granie, które łączy punkowe buractwo z pewnego rodzaju sztuką, co ci Kanadyjczycy prezentują zresztą idealnie. Zresztą czego można spodziewać się po zespole, który swoje granie zaczynał od absolutnie najlepszej wytwórni w tamtej części globu – Deranged Records?

I pozostając przy temacie wytwórni – „Year of the Hare” ukazało się sumptem Deathwish Inc., obecnie jednym z największych labeli związanych z alternatywnymi odmianami punka i hardkoru. Całość brzmi więc całkiem awangardowo, a jak powiedzieli sami członkowie zespołu – jest to zabawa nagrywana przez dwa lata w trzech różnych studiach, głównie z powodu znudzenia ciągłą pracą nad albumem „Glass Boys”. Działał tu głównie gitarzysta, Mike Haliechuk, nawiązując choćby do loopów u Basinskiego.

Tak też na ostatniej EP-ce Fucked Up mamy dwa numery – tytułowy trwający ponad dwadzieścia minut i drugi, „California Cold”. Pierwszy utwór dość długo się rozpędza i przez główny motyw ułożony z sampli przebija się masa noise’owych przeszkadzajek, ale kiedy wjeżdża fragment właściwy to wiemy już, z czym mamy do czynienia – rasowy punk rock spod znaku Kanadyjczyków. Po dwudziestominutowej zlepce sampli i utworu właściwego dostajemy „California Cold” – chilloutowe płynięcie przez osiem minut rozmytych gitar kojarzące się bardziej z „The End” Doorsów niż punk rockiem. Ale cóż, już wydając swoją rock operę Fucked Up pokazali, że są świetnymi muzykami, którzy nie mają zamkniętych na pomysły głów.

Najnowsze wydawnictwo to niesamowicie fajne granie, aczkolwiek nie poleciłbym tego fanom ich punkowej agresji, którą prezentowali na „Hidden World”. Mnie też zresztą ciężko było się przekonać do późniejszego okresu ich twórczości. Jednak przy ocenie „Year of the Hare” trzeba pamiętać o jednej rzeczy – Zodiac Series to wydawnictwa, które z płytami związane są niejako tylko w ten sposób, że są nagrywane w podobnym okresie, a reszta to dziwactwa i odjazdy, na jakie tylko muzycy mieli ochotę. Zdaję sobie jednak sprawę, że może być to ciężkie do zniesienia dla bardziej ortodoksyjnych fanów. Dla innych ten rok upłynie pod znakiem zająca.

Nie ma więcej wpisów