music is ... muzyka z najlepszej strony.

Relacja z Colours of Ostrava 2015

Colours of Ostrava / fot. Nikolas Panfic

Colours of Ostrava / fot. Nikolas Panfic

Colours of Ostrava 2015 miało być jednym z najważniejszych i najciekawszych muzycznych punktów na festiwalowej mapie Europy. Czy tak się stało w rzeczywistości? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Nie przychodzi mi teraz nic innego do głowy, jak jedna z wypowiedzi Błażeja Króla opisująca poznański Spring Break, który dzięki lekkiej modyfikacji odda faktyczny stan rzeczy – muzycznie 10/10, organizacja 2/10. Dla obcokrajowców trafić na festiwal jest niesamowicie trudno, zresztą, jak się później okazało, nawet dla Czechów. Wisienką na torcie organizacyjnego piekła są dwa pola namiotowe. Miałem to „szczęście” zakupić bilet na to oddalone ładne trzy kilometry od festiwalu, na które dojechać to prawdziwy cud. Po co podstawić busy, znaki informacyjne. Nie, lepiej zafundować ludziom błądzenie połączone z wątpliwą przyjemnością związaną z pytaniem się Czechów, którzy w większości nie pałają miłością do Polaków, nie wspominając o braku znajomości nawet podstaw angielskiego (nawet na festiwalu!). Jeśli jednak po serii przekleństw uda nam się to wszystko uczynić, to najgorsze mamy za sobą. Teraz nic, tylko cieszyć się muzyką. No prawie.

Ukojeniem zszarganych nerwów miała być Björk. Z pewnością tak by się stało, gdyby nie fakt, że koncert rozpoczął się o godzinie 20:00. Z całym moim uwielbieniem do tej niesamowitej artystki – to największe rozczarowanie tegorocznej edycji festiwalu. Nie z winy Björk. Całkowite zanurzenie się w jej muzyce, gdy słońce jeszcze nie zaszło, jest niewykonalne. Nie potrafiłem się oderwać, porwać, odrealnić. Czy naprawdę takim problemem było przesuniecie występu na godzinę 22:30, gdzie potencjał sceny marnowany był przez jakiś czeski zespół?

Na szczęście to koniec złych wieści. Po narastającej frustracji nadszedł czas na koncert naszego rodzimego zespołu BOKKA, który kupił całkowicie publiczność. Enigmatyczna grupa zagrała na mniejszej, bardziej nastrojowej scenie, co idealnie wpasowało się w klimat formacji. Miałem przyjemność być na ich koncercie wiele razy, jednak tym razem urzekli najbardziej. Świetne wizualizacje, image, nagłośnienie i przede wszystkim genialne utwory złożyły się na piękną całość. Zespół zagrał również kilka utworów z nadchodzącej płyty, która, mam nadzieję, ukaże się niedługo. Piosenka „What a Day” będzie niekwestionowanym hitem. Co ciekawe, (choć do przewidzenia), entuzjazm publiczność większy niż podczas koncertu Björk.

Kolejnym niezwykle udanym koncertem był występ grupy Caribou, która zagrała w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Występ o pierwszej w nocy dał długo oczekiwany odpoczynek od tropikalnych temperatur. Drugą sprawą było genialnie zsynchronizowane oświetlenie, które całkowicie współgrało ze świetną elektroniką, która wypełzała z głośników.

Prawdopodobnie, patrząc po frekwencji, najbardziej oczekiwanym wydarzeniem festiwalu był koncert Kasabian. Całkowicie słusznie. Brytyjczycy wytarli z pamięci wszystkie niedociągnięcia Ostravy, miało się wreszcie wrażenie bycia na ważnym muzycznym wydarzeniu. Energia, jaka jest wytwarzana przez ten zespół, mimo rocznej już trasy koncertowej 48:13, jest niesamowita. Setlista, jak na ograniczenia czasowe – również najlepsza z możliwych. Utwór „Fire” śmiało można go nazwać numerem festiwalu. Jedynym zaskakującym minusem była, mimo wszystko, nieco drętwa publiczność, w pierwszym rzędzie nie było nawet mowy o żadnym ścisku. A szkoda, bo przy tak znanych formacjach to wręcz obowiązek.

Na koniec – największe zaskoczenie tej edycji, czyli St. Vincent. Traktowałem ten koncert, jako coś w rodzaju dopełnienia udanego występu Kasabian. Ani myślałem, że tę hierarchę może coś odwrócić, zaburzyć. A jednak. St. Vincent dała coś, co można opisać dobrze zaplanowanym spektaklem, w którym każdy element był dopracowany w najdrobniejszym szczególe, co robiło ogromne wrażenie. Koncert zakończyło, zapewne zaplanowane, jednak wciąż powodujące opad szczęki, wskoczenie artystki ochroniarzowi na barana, integracja z tłumem na wybiegu, gdzie fani przechwycili na chwilę gitarę, żeby na końcu ostatecznie upaść na wcześniej wspomnianym wybiegu, aż do powolnego wyłączenia świateł. Coś niesamowitego. Poza tym był to najlepiej nagłośniony koncert tegorocznej Ostravy. Kasabian, ku ogromnemu zaskoczeniu, musiało oddać zaszczytne pierwsze miejsce w klasyfikacji końcowej.

St. Vincent / mat. prasowe

Colours of Ostrava to połączenie chaosu organizacyjnego z występami naprawdę świetnych artystów, którzy w jakimś stopniu rekompensują nerwy spowodowane chociażby brakiem możliwości dostania się na pole namiotowe po zakończeniu festiwalowego dnia. Dołączając do tego atrakcyjną cenę i oryginalne położenie w postindustrialnym klimacie, może faktycznie stanowić coś ciekawego. Klimat też robi swoje, po zmroku wychodzi z tego miejsca pewne odrealnienie, które jednak nie jest do końca tym, czego oczekiwałem. Być może wynika to z udanej warstwy reklamowej festiwalu, która w zetknięciu w z rzeczywistością może trochę rozczarować. Nie zrozumcie mnie źle – to dobry festiwal z ciekawym line-upem, i jeśli przygotujecie się wcześniej na słabą organizację, błądzenie i odpowiada wam specyficzny, leniwy klimat Czech – to jest to miejsce, które jest z całą pewnością warte uwagi.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...