music is ... muzyka z najlepszej strony.

Relacja z Melt! Festival 2015

Melt! Festival 2015 / fot. Diana Szumilas

Melt! Festival 2015 / fot. Diana Szumilas

Sporo planowania, dużo pakowania i bardzo ciężkie plecaki – tak w telegraficznym skrócie wyglądało moje przygotowanie do Melt! Festiwal w niemieckim Ferropolis. Co było potem? 3 gorące dni, 3 bardzo długie noce i ogrom wrażeń. Ale wszystko po kolei.

Na samym początku wspomnę o organizacji, bo uważam, że naprawdę warto. Po raz pierwszy byłam na zagranicznym festiwalu i jedną z pierwszych rzeczy, jakie zauważyłam to ogromna przepaść w logistycznym przygotowaniu imprezy, w porównaniu do polskich wydarzeń. Masa oznaczeń, mapki, line-upy i wolontariusze na każdym kroku sprawiali, że nie można było się zgubić i pozostać bez odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie. Samo pole namiotowe było przygotowane idealnie. Sektory były wyznaczone jak od linijki, a ścieżki między nimi były na tyle duże, że nikt nie musiał się przedzierać wspak przez namioty, żeby dotrzeć do własnego obozowiska. Kto w swoich festiwalowych przejściach doświadczył nocnej pobudki, kiedy nagle ktoś wlazł z butami w namiot albo powyrywał wszystkie naciągi, ten doceni ten fakt równie bardzo, jak ja. Punkty z pitną wodą i sanitariaty były równie dobrze zorganizowane. Jeśli nie miało się ochoty na spacer wzdłuż jeziora, zorganizowane były także autobusy, którymi można było się przedostać z pola namiotowego do miejsca, gdzie odbywał się festiwal. Podczas koncertów wolontariusze chodzili wśród tłumów i rozdawali wodę, a kiedy zaczęło padać, można było dostać jednorazowe płaszcze przeciwdeszczowe. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to fakt, że dosłownie każdy mógł się dostać na pole campingowe.

Teraz kilka słów o klimacie. Myślałam, że Melt atmosferą będzie przypominał naszego Open’era. Nie mogłam się bardziej mylić. Do Ferropolis ludzie przyjeżdżają, żeby świetnie się bawić w gronie znajomych, a nie pokazać swoją najnowszą stylówę i bounsować do muzyki, której śmiertelnicy na pewno nie znają. Oczywiście nie brakowało nastoletnich hipsterek, ale ogromna różnorodność ludzi, zwłaszcza pod względem wieku niesamowicie mi się spodobała.

Melt!

Maszyny, które są tak charakterystyczne dla Melt! Festiwal kiedyś służyły do wydobywania węgla. Ogromną dziurę, która powstała po kopalni odkrywkowej zalano wodą i tak powstało jezioro, na którego brzegu znajdują się zarówno sceny, jak i pole namiotowe. Jest to kolejny niesamowity plus tego miejsca. Nazwijcie mnie prawdziwą babą, ale dla mnie połączenie wyjazdu nad jezioro (plażing i smażing) i festiwalu w jedno, to sprawa idealna.

No i samo miejsce, gdzie odbywał się festiwal było magiczne. Po zmroku stare, zardzewiałe maszyny stawały się niesamowicie kolorowe i błyszczące. Ciężko to opisać, ale ten industrialny klimat sprawiał, że na czas koncertów przenosiło się do innego świata.

Melt!

A same koncerty? Pierwszego dnia miło zaskoczył mnie zespół l’Aupaire. Byli bardzo przyjemni i sprawiali wrażenie ludzi, których chętnie by się ze sobą zabrało na piknik do parku. Tove Lo błyszczała jak gwiazdeczka podczas swojego dziewczęcego, popowego występu. Największym rozczarowaniem nie tylko dnia, ale całego festiwalu był dla mnie koncert Jamiego xx. Nadal dziwnie się czuję pisząc to, jako jego wierna fanka, ale 2-godzinny DJ-set był okrutnie nudny, a jedynym momentem, kiedy publiczność miała szanse się ożywić był ostatni utwór – „I Know There’s Gonna Be (Good Times)”. Koncertu Years & Years, choćbym chciała, nie mogę wam zrelacjonować. Nie wiem czemu, ale na oficjalnych line-upach została podana zła godzina koncertu, przez co kiedy przyszłam na planowy początek występu, akurat załapałam się na ostatnią piosenkę. Nadal jest mi smutno na samo wspomnienie, bo sądząc po jedynej piosence, jaką widziałam, koncert musiał być bardzo energetyczny. Dzień zakończyły przyjemne występy London Grammar i La Roux.

Drugi dzień był pod znakiem Django Django. Koncert udał im się genialnie, przyszło strasznie dużo ludzi i wydaje mi się, że wszyscy mieli równie dobry ubaw. Świetne wrażenie wywarły na mnie także występy The Districts i Kwabsa. Kylie, która bezsprzecznie miała najwyższą frekwencję podczas całego festiwalu, zafundowała iście amerykańskie widowisko. Masa tancerzy, zsynchronizowane wizualizacje i idealnie dopracowane choreografie wynagradzały oczywisty playback.

Ibeyi

Ostatni dzień koncertów rozpoczął się dla mnie najlepszym i w sumie najmniej „meltowym” koncertem duetu Ibeyi. Etniczne dźwięki i piękne, czyste głosy sióstr przy mocnym beacie powodowały u mnie gęsią skórkę. Erlend Øye wprowadził wszystkich w beztroski nastrój swoimi hippie-funkowymi dźwiękami. Koncert Seinabo Sey okazał się być lekkim rozdwojeniem jaźni- z jednej strony fajne, taneczne piosenki z dobrym DJ-em w tle, z drugiej strony kilka miłosnych piosenek śpiewanych przez divę. Ostatni koncert na Main Stage należał do Alt-J. Wrażenia mam mieszane. Dali naprawdę spore show i przyszło bardzo dużo osób. Wydaje mi się jednak, że ten zespół powinien pozostać w klimacie kameralnych, zamkniętych koncertów, gdzie atmosfera ich piosenek i ładne aranżacje będą wynagradzać sporą ilość fałszowania podczas tych typowo alt-j’owych jękliwych dźwęków.

Podsumowując: Czy pojechałabym za rok? Na pewno! Czy będę Was namawiać, żebyście i Wy odwiedzili Ferropolis? Z całych sił!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...