Spotkałam się z Pawłem Leszoskim, występującym pod ksywką Leski, w jednej w warszawskich kawiarni. Usiedliśmy w kąciku i zaczęliśmy rozmowę, która miała jeszcze swoją kontynuację po wyjściu i coś mi się wydaje, że mogłaby trwać jeszcze kilka godzin. Jako że jestem wielką fanką cydru, zaczęło się od pytania właśnie o cydr, potem było nieco o muzycznej przeszłości, o samym postrzeganiu muzyki, a także o tym, dlaczego „Splot” wcale nie jest smutną płytą.

Lubisz cydr? Pojawia się on w tekście jednej z piosenek, pojawił się w wywiadzie… Masz jakiś swój ulubiony?

Leski: Lubię, ale przyznam szczerze, że nie pijam go w takich ilościach, które pozwalałyby na dorobienie się ulubionego. Skłaniam się jednak ku polskim markom.

Widziałam po twoim profilu na Instagramie, że byłeś na Openerze. Czyj koncert wspominasz najlepiej?

Leski: Byłem w charakterze widza ale był to krótki pobyt. Pojechałem na bardzo konkretne koncerty i rzeczywiście największe wrażenie zrobił na mnie Jose Gonzales. Słyszałem go już w Palladium na solowym koncercie jednak to co zaprezentował na Openerze, w pięcioosobowym składzie – z perkusją, bongosami, dwoma gitarami klasycznymi i syntezatorem analogowym…cios!

Z punktu widzenia słuchacza – wolisz słuchać muzyki w zaciszu domowym czy bardziej cenisz klimat koncertu i wspólne doświadczanie dźwięków, interakcje z muzykiem, z publiką?

Leski: Dzieje się to u mnie na dwa sposoby. Nie zawsze mam możliwość być na koncercie. Czasem dysponuje tylko płytą i wtedy faktycznie wolę się zaszyć w jakimś ustronnym miejscu i przepaść w słuchawkach. Bywa też tak, że jadę na koncert konkretnego wykonawcy albo trafiam, tak jak w przypadku festiwali, przypadkowo na coś ciekawego i wtedy wręcz odwrotnie. Lubię wejść w zbiorową energię. Miewam różnie i nie preferuję jakiegoś jednego sposobu na przeżywanie muzyki. Bardzo lubię żywe, koncertowe sytuacje, ale z drugiej strony takie ucieczki ze świata z ulubioną płytą też są fajne. Pozwalają zejść głębiej. Tak naprawdę, każda forma ma swoje wyjątkowe walory.

A jako muzyk?

Leski: Zdecydowanie wolę koncerty ponieważ opierają się również na energii, którą generuje publiczność. Można jej trochę wykraść!

Czyli jesteś jednym z tych artystów, którym publika wiele daje? Zauważyłam chodząc od lat na koncerty, że są zespoły, które ewidentnie potrzebują publiczności – kiedy ta się dobrze bawi, zespół gra zupełnie inaczej niż kiedy publiczność jest raczej powściągliwa w okazywaniu emocji.

Leski: Tych dwóch spraw nie da się oddzielić – są to rzeczy połączone jednym oddechem. Najlepsze koncerty gra się właśnie wtedy, gdy ludzie nadają na tej samej fali. Kiedy grasz i czujesz jakąś niewidzialną nić. Czasem niestety jej brakuje i wtedy jest trudniej. Moim zdaniem interakcja z publicznością jest bardzo ważna. Koncert to w końcu rodzaj dialogu emocji.

Wielu dziennikarzy pisze, że „Splot” jest melancholijny opierając się głównie na tekstach, ale wiesz – może coś jest ze mną nie tak, ale mnie ta płyta wprawia w mega pozytywny nastrój.

Leski: Bardzo się cieszę! Nie chciałbym się wypowiadać na temat własnej twórczości, bo piosenki zawarte na Splocie, poszły już przecież w świat i żyją własnym życiem ale nie wydaje mi się, żeby mieszanka zapisanych na płycie brzmień i dźwięków była szczególnie niepogodna. Może teksty czasem trącają o melancholię, ale przecież z tej finalnie wykluwa się jakieś pozytywne światełko. Tym bardziej jest mi miło, że odbierasz tę płytę pozytywnie, bo chciałem stworzyć właśnie coś lekkiego i słonecznego, ale jednocześnie wpisującego się w zwykłe życie, którego melancholia jest nieodzowną częścią. Poza tym myślę, że jest tutaj trochę więcej odcieni.

Jeżeli już jesteśmy przy tekstach to przyznam, że lubię kiedy artysta tworzy po polsku, jeszcze bardziej kiedy się tak umiejętnie posługuje słowem jak Ty – decyzja o tworzeniu w rodzimym języku była dla ciebie rzeczą naturalną?

Leski: Piszę piosenki od wielu lat i robię to po polsku, bo to jest moje naturalne środowisko. Owszem, zdarza mi się napisać coś w języku angielskim, jak choćby na EP-ce („Zaczyn” – przyp. red.), którą wydałem własnym sumptem w kwietniu 2014 roku. Pojawił się tam jeden anglojęzyczny numer „Sculptors”, który powstał z inspiracji piosenką Dylana „Only A Pawn In Their Game”. Myślę, że pisanie w obcym języku to zupełnie inne konstruowanie rzeczywistości. Kiedy włączam anglojęzyczną płytę, w pierwszej kolejności interesuje mnie przestrzeń, dźwięk, brzmienie. W przypadku czegoś polskiego, siłą rzeczy zwracam uwagę na tekst. Jak coś nie gra, trudniej mi wgryźć się w całą resztę. Pisanie po polsku jest ryzykowne, bo człowiek odsłania się już na wstępie i wchodzi na niebezpieczniejszy grunt. Język obcy przenosi ciężar koncentracji na dźwięki. Wciąż brakuje mi polskich tekstów w tzw. alternatywnych projektach. Muzycznie jest dziarsko! W końcu polscy wykonawcy nie muszą mieć kompleksów. Myślę jednak, że zestawienie tej muzycznej świeżości z polskojęzycznymi tekstami mogłoby stworzyć jeszcze lepszą jakość – coś bardziej indywidualnego i nieporównywalnego.

Masz jakieś swoje „złote strzały” jeżeli chodzi o tych nowych artystów?

Leski: Najbardziej szanuję ludzi, którzy po prostu robią swoje. Tworzą muzykę, piszą teksty, produkują. Podejmują wyzwanie. Nieważne jaki gatunek uprawiają. Kiedy byłem na Openerze na Alter Stage rapował taki młody gość…

Taco Hemingway?

Leski: Tak! Stał sobie przy mikrofonie, w ogóle nie jak raper, ubrany zupełnie nie środowiskowo i wciągał publikę w swoje warszawskie klimaty. To było super! Natomiast z tych „starszych” muzyków, ale wciąż z nowej fali – z pewnością Fismoll, Organek czy Mela Koteluk. Sporo jest mocnych rzeczy!

Jak wygląda twoja praca nad muzyką? Skupiasz się nad tym, żeby najpierw powstał tekst i wokół niego formujesz całą warstwę muzyczną, czy raczej ubierasz melodie w słowa?

Leski: Bardzo różnie. Na samym początku mojej przygody z pisaniem i komponowaniem, najpierw tworzyłem muzykę, a potem powstawał do niej tekst. Później to się zmieniło. Chciałem sprawdzić się jako tekściarz i zaczynałem od sklejania słów. Teraz to wszystko w jakiś sposób się uzupełnia. Nie ograniczam się do jednej metody rejestrowania tego, co mi kiełkuje w głowie. Czasem się zdarza, że powstaje jakiś fragment tekstu, do którego następnie dobieram dźwięki, a czasem odwrotnie – mam jakiś temat na gitarze i szukam słów, które wpisałyby się w jego kolor. Ponieważ instrumentów miało być sporo, a każdy z nich chciałem w jakiś sposób wyeksponować, postawiłem na krótkie teksty. Tak, aby muzyka mogła w pełni wybrzmieć.

Kiedy przygotowywałam się do rozmowy z Tobą, najbardziej zdziwiła mnie wzmianka o rapie, ale prócz tego masz już za sobą bardzo bogatą muzyczną przeszłość – opowiesz o tym coś więcej?

Leski: W szkole podstawowej jeździłem na deskorolce, słuchałem hip-hopu i z kolegą postanowiliśmy sami stworzyć taki zespół. Na zajęciach z matematyki zamiast rozwiązywać zadania, pisałem teksty. Właściwie od tego zaczęła się moja przygoda z muzyką. Później zacząłem uczyć się gry na gitarze. Spędziłem sporo czasu na wprawkach, ucząc się prostych piosenek, ale już wtedy wiedziałem, że będę chciał to wykorzystać i zabrałem się za wymyślanie własnych. Miałem też epizody z jazzem, funkiem, folkiem amerykańskim i irlandzkim, jeździłem też sporo na festiwale piosenki autorskiej i studenckiej. Chciałem przekonać się, czy potrafię kleić ze sobą słowa w jakiś sensowny sposób. Dopiero cztery lata temu wpadł mi do głowy pomysł, żeby przygotować płytę, która będzie jakąś syntezą mojej muzycznej eskapady. Taką, która będzie na wskroś autorska. „Splot” jest taką płytą. Sporo na nim brzmień folkowych, pojawia się elektronika, transowy rytm, nieprzypadkowe słowa. Ślady własnego języka.

Często, jak muzyk wyda płytę to mówi, że spadł z niego swego rodzaju balast i od razu ma ochotę myśleć o nowych utworach. Masz już jakieś nowe pomysły czy może jeszcze jest na to za wcześnie?

Leski: Pewnie nie jestem wyjątkiem od reguły. Obecnie skupiam się na „Splocie”. Ujrzał światło dzienne dopiero nieco ponad miesiąc temu. Teraz jest czas na promowanie materiału i koncerty. Myślę o jesiennej trasie i ubraniu tego wszystkiego w jakiś wizualny wymiar, ale faktycznie z tyłu głowy myśl o drugiej płycie już się pojawia. „Splot” miał być lekki i pulsujący. Spajać się ze słońcem i horyzontem za szybą samochodu. Po premierze krążka nastąpiła we mnie rzeczywiście jakaś przemiana i zacząłem myśleć o muzyce w bardziej otwarty sposób. Chciałbym, aby to co stało się kręgosłupem Splotu – czyli piosenkowość – przerodziło się w bardziej otwarte formy (jak np. w utworze „Z prądem”) z grunge’owym brudem. Jak będzie zobaczymy (śmiech)!

Już tak na koniec pytanie-ciekawostka. Jeżeli miałbyś wybrać jednego artystę, żyjącego bądź nie, z którym chciałbyś nagrać duet – kto by to był?

Leski: Nie zastanawiałem się nad tym ale z pewnością kapitalnie byłoby zaśpiewać i zagrać z Benem Howardem albo w trio z Angusem i Julie Stone.

Nie ma więcej wpisów