Podobno każdy wprawiony w bojach dziennikarz muzyczny jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu tworzy sobie już szkic relacji, bo z góry wie, czego mniej więcej można się spodziewać po jego przebiegu. Zasada oczywiście sprawdza się też w przypadku Audiorivera – pomijając wszystkie zmienne niezależne i tak wiadomo, że na pewno znajdziemy tam prawdziwą muzyczną techno-wiksę, miliardy osób spragnionych niekończącej się zabawy do porannych godzin i oczywiście wszędobylski piasek z płockiej plaży, będący regularną cechą dystynktywną wydarzenia.

Organizatorzy festiwalu nieprzerwanie od 2006 roku starają się zarazić innych swoją miłością do szeroko pojętych brzmień elektronicznych oraz udowodnić, że muzyka taneczna może być inteligentna (a prawdziwy IDM istnieje) i nieschematyczna. Idzie im chyba całkiem dobrze, bo w Płocku goszczą przedstawiciele zarówno minimal techno czy house’u, lekko przymierającego już drum’n’bassu oraz ci bardziej mainstreamowi, światowi artyści, zapraszani w charakterze tzw. headlinerów. Od przynajmniej dwóch lat ta formuła się sprawdza – bilety na festiwal wyprzedają się całkowicie na kilka dni przed jego rozpoczęciem, a model jest ciągle urozmaicany – do dwóch regularnych dni by night został wprowadzony także bardziej chillowy niedzielny Audioriver Sun/Day, sukcesywnie zwiększana jest także liczba scen (oby nie rosła logarytmicznie, bo moim zdaniem osiągnęła już bezpieczne optimum). Poza tym prosperuje także kino festiwalowe oraz strefa mody – Audioriver Fashion – podobnie jak w wypadku innych wydarzeń i w tym przypadku zapewnia się uczestnikom atrakcje związane nie tylko ze strefą dźwiękową, dając możliwość bycia modnym melomanem i zakupienia ubrań tworzonych przez młodych polskich projektantów oraz obejrzenia w wolnej chwili czegoś w tematyce okołomuzycznej. Kilka miesięcy przed rozpoczęciem festiwalu można wziąć także udział w panelach dyskusyjnych konferencji muzycznej, zwieńczonej oczywiście zabawą w klubie w mieście, gdzie akurat się odbywa. Kolorytu dodaje także wzajemne obserwowanie się lokalsów i przyjezdnych, dzięki którym Płock na te kilka dni staje się małą stolicą techno i gdzie życie staje się wtedy bardziej intensywne.

Audioriver 2015
Płocka plaża, mat. prasowe

Oczywiście wszystko to jest tylko miłym dodatkiem do clue całego festiwalu, czyli muzyki. Zróżnicowanie estetyk, w których poruszają się zaproszeni artyści jest ogromne, ilość zaplanowanych występów niezliczona, a wszystko to w efekcie czyni niestety niemożliwym usłyszenie wszystkich ogłaszanych sukcesywnie petard i prowadzi do tworzenia ściśle spersonalizowanego time-table.

PIĄTEK
Po morderczym wdrapywaniu się i schodzeniu ze schodów, jestem już w 100% pewna, że znowu jestem w Płocku. Jak to jednak bywa z początkiem festiwalu, sił mi jednak nie brakuje i cała podekscytowana zaczynam piątkowy wieczór od obiecującego seta Anny Siudy czyli polskiej DJ-ki ukrywającej się pod pseudonimem An On Bast. Ta za cel obrała sobie chyba stworzenie dość agresywnej rozgrzewki do całonocnego treningu parkietowego – dynamicznie chłostała/biczowała zgromadzony w Circus Tencie spragniony zabawy tłum, przyczyniając się do pierwszych, tak bardzo nielubianych przeze mnie utonięć w płockich ruchomych wydmach (taka mała alternatywa do Wolińskiego Parku Narodowego). Podobnie sprawa zresztą miała się z występujących po niej house’owy duet Fur Coat, którzy że tak powiem, jeńców nie brali i jak na tak wczesną godzinę nie dawali tańczącym wytchnienia – może oboje artystów było w jakiejś bezlitosnej zmowie?

Niestety oczekiwany przeze mnie występ Hercules & Love Affair na Main Stage nie spełnił pokładanych w nim nadziei i sprawił, że musiałam trochę w tańcu przystopować, choć w sumie nie chciałam i nie powinnam. Kapitalne nu-disco, które znam z ich płyt w wykonaniu live właściwie nie porwało – przebieranki Nomi Ruiz z męskich w damskie fatałaszki okazały się niewystarczające do stworzenia zaskakującego i pozytywnego klimatu, jaki znałam z albumów grupy. Trochę leżała akustyka, trochę nie kupiłam aranży, a trochę swój koncert niepotrzebnie podporządkowali ostatniej płycie, kompletnie ignorując genialny debiut, gdzie nie ma słabych punktów czy trochę słabsze “Blue Songs”. W efekcie czego z koncertu wyszłam ciut wcześniej, kierując się w stronę Circus Tent, skąd nie dało się szybko wyjść.

Tak, set Joya Orbisona niespodziewanie stał się moim numerem jeden festiwalu i wciągnął do tego stopnia, że zignorowałam kompletnie headlinera w postaci Roisin Murphy, której występ zebrał chyba jedne z najbardziej skrajnych opinii w tegorocznej edycji. Cóż, zapewne można poczytać na ten temat w innych opiniotwórczych mediach, ale na pewno nie tutaj.
Z kolei to, co Joy Orbison robi na żywo ze swoją muzyką nie śniło się ani filozofom, ani politykom, ani tym bardziej prasie muzycznej i na pewno nie uda się w pełni odtworzyć słowami. I mowa tu nie tylko o płynnym przechodzeniu między future garagem, UK funky, housem, disco, dubstepem, two-stepem, oldschoolowym jungle i minimal techno (tak, to wszystko naprawdę było i to nawet z naddatkiem), do którego po jakimś czasie nadpisywał na przykład afrykańskie wpływy, ale również przede wszystkim o idealnym podpasowaniu dźwięków do 8-bitowych wizuali, wyjętych jakby z gier na pegasusa z lat 90-tych. Mocno eklektyczna selekcja i sposób miksowania nie mógł zaowocować niczym innym jak kompletnym muzycznym szaleństwem dla uszu. Kto nie widział Joya Orbisona, może żałować po wsze czasy i lepiej się do tego nie przyznawać, 11/10.

Joy Orbison na Audioriver 2015
Joy Orbison na Audioriver 2015, mat. prasowe

Po tak doskonałym secie niestety trudno było wniknąć mi w repetytywną estetykę Audiona i zdecydowanie łatwiej odnalazłam się na Wide Stage, gdzie produkował się Kalipo, tworząc niezwykle melodyjne, ciepłe i miłe dla ucha dźwięki – do tego stopnia, że nawet w pewnym miejscu zdarzyło mi się coś na kształt wzruszenia. Na pewno wiele osób zgodzi się ze mną, że sama Wide scena okazała się trochę niefortunna pod względem nagłośnienia i umiejscowienia – z jednej strony hałasy z bud z jedzeniem, z drugiej słyszalne echa z Circusa. Taki klimat.

Piątek kończę ponad 4-godzinnym b2b Bena Klocka i Marcela Dettmana (propsy za połączenie tych dwóch nazwisk) – dwóch ikon i jednocześnie najlepszych specjalistów od wielogodzinnych maratonów techno, stanowiących kręgosłup niemieckich klubów z Berghain na czele. I rzeczywiście było trochę jak w berlińskim klubie, a nie na gorącej płockiej plaży: ostro, przestrzennie, surowo, miejscami bardzo ciężko, ale jednocześnie z pełni zachowaną estetyką i podtrzymaną klasą rezydentów-legend. Zastrzeżenia mogę mieć do ostatnich minut przed zakończeniem seta, poklejonych trochę sztampowo, jakby zachęcająco, by publika poszła już sobie spać i nie chciała czasem bisów (!). Nie to nie – i tak dojedziemy się w jakimś warszawskim klubie za pół roku.

SOBOTA
Audioriver 2015
Virgin Mobile Scene na Starym Rynku, mat. prasowe

Nie ma Audiorivera bez załamania pogodowego. W sobotę pogoda dała popalić akurat w najbardziej kulminacyjnym momencie, kiedy to na scenie Virgin Mobile Scene grał jeden z wyczekiwanych przeze mnie DJ-ów, Olivier Koletzki, w efekcie którego niestety nie zobaczyłam. Burza i późniejsze niekończące się opady niestety pokrzyżowały też moje plany pobujania się przy ciepłym secie Klaves, więc w efekcie rozpoczęłam drugi dzień od występu formacji Nervy – supergrupy za którą stoi Igor Boxx (Skalpel), Agim Dzeljilji (znany z formacji Oszibarack) i Jan Młynarski. Do panów mam szczególną słabość – instrumenty dęte na żywo zawsze wzbudzają we mnie niemal euforyczne odczucia. Tutaj podano je w otoczeniu syntezatorów oraz nieokiełzanych sampli, które z minuty na minuty rozpędzały się coraz bardziej, tworząc swoisty korowód dźwiękowy, w którym można było się napawać do woli. Zdecydowanie Nervy ze swoim nowatorskim połączeniem mogłyby być naszym towarem eksportowym, a tymczasem są kompletnie nieznani – mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni.

Niestety trochę więcej spodziewałam się po występie w Last.fm Hybrid Tent kanadyjskiego producenta Tigi, który na scenie pojawił się w towarzystwie Joriego Hulkkonena – współautora sukcesu utworu “Sunglasses at night”, faktycznie konstruującemu mu podkłady live i pozwalającego zająć mu się wyłącznie wokalem. Niby brawo za booking z wyższej półki, idące za tym entuzjastyczne przyjęcie ze strony publiczności i same szlagiery – na scenie wybrzmiały “Bugatti” i “Shoes” – ale na dłuższą metę przestałam być zaabsorbowana i wróciłam do sprawdzonego już Circus Tent, gdzie miałam plan utknąć na dłużej, ale zarówno Adam Beyer, jak i występujący po nim Rødhåd poszli na mocną łatwiznę, prezentując sety mocno jednostajne, z brakiem zmian tempa i zwrotów, w efekcie bardzo męczące i niepodobne do tego, co miałam okazję usłyszeć na Boiler Roomach.

Podoba sytuacja odnosi się trochę do DJ-setu Johna Talabota, który od wydania w 2012 roku imponującego już albumu “ ƒIN” stał się nazwiskiem bardzo modnym i zapraszanym do naszego kraju dość często, mimo braku nowego solowego materiału (no, naprawdę, nie samym “ ƒIN-em” człowiek żyje). Inna sprawa, że miksy DJ-skie nie odzwierciadlają też w pełni wrażliwości danego artysty i mimo iż Hiszpan wyważył swój występ między pulsującymi deep-house’ami a sączącym się nieagresywnym techno, wykonując naprawdę solidną robotę, to znowu zabrakło mi elementu zaskoczenia w całości.

John Talabot na Audioriver 2015
John Talabot na Audioriver 2015, mat. prasowe

Na szczęście moje malkontenctwo ma jednak swój koniec i marudzenie kończę stwierdzeniem, że pozostałe sety, których miałam okazję wysłuchać tego dnia prezentowały naprawdę bardzo wysoki poziom. Opłacało się doznać upokarzającego półgodzinnego czekania na Karenn przy dźwiękach Technimatic – jedynego występu w nurcie drum’n’bass, który zobaczyłam podczas tegorocznego Audiorivera – o ironio, przypadkowo. Blawan i Pariah nie zawiedli; przy pomocy analogowego sprzętu w postaci licznych pudeł i mnóstwa kabli wprowadzając nas w najdziksze obszary surowego techno i to bez użycia laptopów. Jest w tej żywiołowej brutalności metoda – panowie szczelnie wypełniają przestrzeń dźwiękami i echami o różnej częstotliwości, ocierając się również o bardziej łagodne estetyki, mądrze panują nad dynamiką, da się wyczuć napięcie oraz tak bardzo widoczną niewymuszoną improwizację, ciągłe zwodzenie z pozornie wytyczonej już ścieżki i nawarstwiającą się kaskadę zniekształceń fonii. Majstersztyk. (aaale dlaczego nie mogli grać w Circusie, tylko tej niefortunnej Wide?)

Zupełnie uzasadnione okazały się również zasłyszane od znajomych zachwyty nad włoskim duetem Tale of Us – niewielki fragment seta, na który zdążyłam po Karenn sprawiał wrażenie spójnego i przemyślanego, wprost idealnego na tę porę i to miejsce – Circus Tent opanowany został przez pulsujące taneczne basy i miły w odbiorze subtelny house, co w tamtym momencie wystarczyło mi do odczuwania zadowolenia i płynięcia wraz z napierającym tłumem.

Sobotę pięknie zwieńczył Solomun, który w przeciwieństwie do biblijnego króla Salomona – nalał z pustego i to dość srogo! Brak siły nie przeszkodził mi w totalnej wiksie do prawie ósmej rano, będącej ostatnimi podrygami mijającego festiwalu, który powoli z żalem żegnałam i chciałam wycisnąć go do ostatniej kropli. Dodatkowo polecam idylliczne usypianie do dźwięków płynących z Audiopola, które “tłukło się i tłukło” do poniedziałkowego popołudnia. Cytując za klasykiem: “to lubię”. Cytując kolejnego klasyka: “no, minęło jak z bicza strzelił”.

Publiczność Audioriver 2015
Publiczność Audioriver 2015, mat. prasowe

Jubileuszowe edycje zawsze są doskonałym powodem do refleksji oraz podsumowań – Quo Vadis, Audioriver?
Nie da się zaprzeczyć, że festiwal przez dziesięć lat swojego istnienia wypracował sobie renomę, czyniąc naprawdę wiele dobrego dla promocji elektroniki w naszym kraju; z dresowej potańcówki przeistoczył się w pełnowartościowy, największy w Polsce festiwal celebrujący szeroko pojętą elektronikę i mogący bez obciachu zapraszać w swoje progi naprawdę cenione nazwiska. Tworzona mieszanka stylów jak widać, wpasowuje się w gusta coraz to większej ilości przyjeżdżających kompletnie bez obciachu nań młodych ludzi, którzy w większości szukają w Płocku przede wszystkim dobrej zabawy, napawania się egzotyką miejsca i warunków do odreagowania codzienności, a nie złożonych refleksji na temat kondycji muzyki elektronicznej czy stawiających wymagania dotyczące poszczególnych występów tak bardzo znanych nazwisk.

Głównym minusem tegorocznej edycji Audiorivera jest brak jakichkolwiek zaskoczeń i poukładany jak stare małżeństwo, przewidywalny przebieg następujących po sobie setów, często do siebie również bardzo podobnych i dla przypadkowego słuchacza potwierdzających stereotypowe twierdzenie, że muzyce elektronicznej brak zróżnicowania. Osobiście postuluję też za zmniejszeniem ilości drum’n’bass na rzecz na przykład eksperymentalnych b2b czy zainteresowaniem się wymyślniejszymi gatunkami typu mutant techno, tribal, ethno-trance czy cumbia digital, doskonale wpasowującymi się w specyfikę eventu.

Ja niestety przyglądając się temu wszystkiemu z boku, nie potrafię pośród ogólnego zadowolenia ukryć delikatnego niedosytu i uporczywie powracającego pytania, czy z miłości do muzyki technicznej można wyrosnąć i czy za rok, dwa czy pięć lat nadal będę z niesłabnącym zapałem jechać kilka godzin z Krakowa do Płocka, by tańczyć do upadłego pośród innych zahipnotyzowanych ciał i tumanów piachu…?
(Mam cichą nadzieję, że jednak tak).

Nie ma więcej wpisów