music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ur Jorge

Ur Jorge Przejścia

data wydania: 2015-06-16
wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Już pierwsze dwadzieścia sekund rozpoczynającej całość ballady „Wyjście” każe się zastanawiać czy przypadkiem nie zaszła jakaś pomyłka. Remigiusz Ławniczak jako wokalista przypomina Krzysztofa Grabowskiego nie tylko swą barwą, ale także sposobem artykulacji i dostarczania tekstów, takich jak: Nie jestem trzynastotomowym dziennikiem Dąbrowskiej. Zabieg ten dający się wychwycić jeszcze parokrotnie przy dalszym słuchaniu nie powinien jednak odstraszyć tych, dla których quasi-poezja Grabaża nie jest odpowiednikiem odczuwania muzycznych przyjemności.

Abstrahując bowiem od tak mylnego pierwszego wrażenia, Ur Jorge – począwszy od sprytnej nazwy dla samego zespołu – zdaje się zupełnie stronić od wszelkich porównań. Owszem, można tym rockowym naleciałościom przylepić parę łatek, wskazać kolejne grupy na rodzimej scenie, które zdołały już znaleźć podobny punkt zaczepienia i przyciągnąć do siebie sporą publikę. Nie sposób byłoby też nie odnieść się do innych projektów, z których Magdalena Powalisz i Marcin Karnowski się wywodzą. A jednak próba łączenia tego materiału z dokonaniami 3moonboys, Brda czy George Dorn Screams nie jest potrzebna, bo materiał na „Przejściach” nadaje się do zupełnie odrębnej analizy, nawet jeśli bez wszelkich podobnych myślowych konotacji.

Próba wyróżniania najważniejszego składnika tego albumu okazuje się zadaniem nad wyraz ciężkim. Rozpoczynając od samej muzycznej stylistyki, poprzez ciepło poruszającego wokalu, aż do intrygującej warstwy tekstowej mamy do czynienia z zachowaniem zadziwiającej staranności – zarówno aranżacyjnego wyważenia, które swobodnie toruje sobie drogę do szybszego zakorzenienia się w odbiorcy, jak i samej wartości przekazu.

„Przejścia” nie opierają się na niczym innym, jak typowym zestawie instumentarium, gdzie gitarowo-perkusyjna hegemonia pozwala co chwila wyskoczyć przed szereg dźwiękom basu. Te popowe i rockowe poczynania postawione są jednak na podwalinach jazzowych, których można się doszukać w samej rytmice poszczególnych utworów, ale także ich intymnej atmosferze. Przy użyciu tych samych części składowych udaje się Ur Jorge stworzyć wielowymiarowe kompozycje, w pełni świadomie rozłożone na kolejne instrumenty, przedstawiające pomysł na siebie i swoje opowieści już w swoich początkach, a tym samym pochłaniające na wstępie („Berlin”). Kwestia rozwinięcia utworu jest tu oczywiście tak samo ważna, co ładnie intonuje wspomniane już „Wyjście”, które do gitarowo-wokalnej dodaje w końcu całą resztę muzycznych przeszkadzajek. W swojej instumentalnej formie hipnotyczne i dość niepokojące „S” przybiera w końcu zabarwienie elektroniczne, a nieco bardziej mistyczne „Thalatta! Thalatta!” kończy się rzężącym, gitarowym szumem. Sporą wadą zdaje się brak wokalnego rozwinięcia Magdy Powalisz, która dostaje tu tylko dwa krótkie epizody.

Oprócz muzycznego, ciekawi też tekstowy minimalizm, na który składają się wyjątkowo nieznacznej długości wersy, zdające się opowiadać poszczególne historie z większą dokładnością, niż kolejne przydługie zwrotkowo-refrenowe schematy rozpisane na trzyminutowe, radiowe utwory. W swoich twórczych rozważaniach Ławniczak skupia się oczywiście na uczuciach, ale nawet gdy odwołuje się do wizji świata według Hildegardy z Bingen („Podszepty”) czy opowiada o tragicznych losach mieszkańców Kresów Wschodnich („Rojsty 1939″), sprytnie kamufluje zwykłe sformułowania, czyniąc te historie uniwersalnymi.

A jednak zamiast sztampowych personalnych wycieczek i miłosnych lamentacji, rysującą się tu główną osią okazują się opowieści o poszukiwaniu, które można zawrzeć pod jednym tylko szyldem: homo viator. Motywów podróży i poszukiwań swojego miejsca jest tu bowiem sporo, począwszy od najbardziej oczywistych fragmentów (jak miasta leżą krzyżem, na drodze do domu czy krążysz po ulicach od palców do języka), aż do wyliczania kolejnych miejscowości, odliczania kilometrów, przeglądania map, wspominania o uliczkach, mostach, przejściach czy dworcach. Przedstawiania całej charakterystycznej dla miast infrastruktury niezbędnej do funkcjonowania społeczeństw, w których najwyraźniej współczesny człowiek utracił zdolność do bliskości z drugą osobą.

I rzeczywiście nie trudno odnieść tej metaforyki do samej struktury albumu, będącego od początku do końca ciekawą – acz z racji spójności brzmienia powtarzalną – przeprawą w obrębie labiryntowego systemu

jednego miasta: pełnego zakamarków i uliczek, które skrywają kolejne, ujawniające się z czasem szczegóły, werbalno-myślowe akcenty i emocje. Tych tu nie brakuje.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...