music is ... muzyka z najlepszej strony.

Mary Komasa: „Żeby odczuwać radość, musisz znać smutek”

Mary Komasa / fot. Karolina Lewandowska

Mary Komasa / fot. Karolina Lewandowska

Pamiętam pierwsze spotkanie z Mary Komasą na żywo – ja pod sceną w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, a ona na scenie. Przyznaję – zamurowało mnie, dawno wokalistka nie wywarła na mnie takiego wrażenia. W relacji ze Spring Break, w ramach to którego odbył się ten koncert napisałam „emocje płynące ze sceny odbierają Ci na chwilę oddech, a serce zdaje się zatrzymać, żeby swoim biciem nie zaburzać płynącej muzyki” – tak właśnie działa na żywo Mary Komasa. Teraz spotkałyśmy się w cichej, spokojnej, warszawskiej kawiarni, niemal cztery miesiące później, aby porozmawiać zarówno o koncertach, o płycie, jak i o tym, w czym Mary odnajduje inspiracje, a także dlaczego większość słyszy w niej polską Lanę Del Rey.

Chciałabym zacząć naszą rozmowę od koncertów. Twój koncert bardziej przypomina spektakl – wydajesz się podczas niego jak w transie. Skąd się to bierze?

Mary Komasa: Wiesz, ja jestem przesiąknięta teatrem i to dla mnie było naturalne, że w ten sposób będę się wyrażać na scenie. Dużo czerpałam z Ewy Demarczyk, to w jaki sposób ona się zachowywała na koncertach, to rzeczywiście była trochę czarownica i w całej jej osobie była jakaś magia. Czerpię inspirację także z monodramów, z występów Drag Queen. Dla mnie ważna była całkowita koncentracja na jednej osobie i pełen przekaz tych emocji, które chcę wyrazić za pomocą moich piosenek. Faktycznie jest tak, że ja lubię te piosenki, chcę je w ten sposób wykonywać i faktycznie je przeżywam, to nie jest przeze mnie zagrane. Mówią, że nawet na próbach tak się zachowuję. Po prostu ponoszą mnie emocje i to jest w pełni prawdziwe. Poza tym ja uwielbiam grać koncerty, uwielbiam mieć cały zespół na scenie i ciągle nie mogę w to uwierzyć, że to właśnie ja z tymi muzykami stoję na tej scenie – dużej, małej, jakiejkolwiek. Wiesz, z czegoś, co kiedyś było zaledwie demo zrobionym przeze mnie na fortepianie z nierówną perkusją, nagle narodził się utwór, który ma pełne brzmienie i to jest dla mnie ogromna radość. Mam nadzieję, że ona ze mną zostanie bo już teraz wiem, że za 30 lat też będę grała te piosenki. Opinie jakie słyszę po koncercie jeszcze bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto to robić. Wiem, że są artyści, którzy boją się grać koncerty – nie przepadają za tym i lepiej czują się w studiu – ja wiem, że scena to mój żywioł. Czuję się na niej silna, wiem, że tam mogę zrobić wszystko, mogę prowadzić. Tak jak na co dzień raczej nie jestem liderem, tak tam mam moc i to jest coś co dodaje mi skrzydeł.

Chyba jesteś osobą, która bardzo inspiruje się obrazem, prawda? Jesteś bardzo aktywna na Instagramie, Twoje teledyski są bardzo dopracowane, czy to jak brzmi i wygląda Twoja muzyka wynika z tego jakie obrazy znajdują się wokół Ciebie?

Mary Komasa: Oczywiście, inspiracje biorą się jak najbardziej z obrazów, ale to też nie jest sam film – inspiruje mnie opera, teatr, wystawy. Jak tylko gdzieś wyruszam w podróż staram się tak zaplanować pobyt, żeby coś zobaczyć – pójść do opery, zobaczyć jakąś ciekawą wystawę, pójść na koncert. Chłonę z tego jak gąbka i mam świadomość, że to wszystko mnie inspiruje. Naprawdę wiele piosenek powstało z inspiracji zupełnie innymi dziedzinami sztuki – czasem to był obraz, kolor, sztuka konceptualna, pomysły. I rzeczywiście jest tak, że chodzę z telefonem i cały czas robię zdjęcia albo nagrywam jakieś dźwięki, a od Instagramu i Social Media jestem uzależniona. Uważam, że to rewelacyjne, że mogę obudzić się rano, zajrzeć na Instagram i zobaczyć co się dzieje na drugiej półkuli. Śledzę różne miejsca z rożnymi strefami czasowymi, więc kiedy się budzę to Japonia już dawno działa, potem rozbudza się Nowy Jork, jeszcze później Los Angeles. W Instagramie to jest cudowne, że możesz śledzić wszystkich – od osób prywatnych do galerii i w dodatku jesteś podłączony do tego praktycznie non-stop i nic Ci dzięki temu nie umyka. Świat ciągle mnie zaskakuje i jestem osobą, która chciałaby wiedzieć na bieżąco, co się wokół mnie dzieje, a dzięki Social Media to jest teraz dostępne i to właśnie najbardziej lubię w Instagramie. Ale też sama lubię działać – kiedyś się tego wstydziłam, wiem to nieco głupie, ale teraz okazuje się, że te zdjęcia mogą być dla innych inspirujące. Nigdy nie sądziłam, że mogę zrobić ładne zdjęcie, nigdy się nawet nie starałam żeby były ładne – pokazywałam jedynie chwilę, jakiś szczególny moment.

Masz za pośrednictwem Social Media – Instagramu chociażby – taki bezpośredni kontakt z fanami? Odzywają się do Ciebie?

Mary Komasa: Oczywiście, że tak. Bardzo często fani piszą do mnie po koncertach, ale nie spotkałam się z hejtem. Jak instalujesz sobie choćby Instagram to wiesz, że zarówno miłe komentarze jak i wspomniany hejt może Cię spotkać. Do mnie, póki co, wszyscy się bardzo miło odnoszą. Zresztą ja bardzo lubię jak przybywa mi fanów i zawsze zaglądam na ich profile, jak ktoś komentuje to też sprawdzam. Lubię podglądać innych konta, w szczególności osób, które mnie śledzą, także radzę być czujnym bo mogę kiedyś komuś coś skomentować albo oddać lajka. (śmiech)

Będą z pewnością zachwyceni!

Mary Komasa: Tak, zdarza się to czasem i faktycznie odzew jest szalenie miły. Zresztą lubię jak ktoś wstawia ze mną zdjęcie. Dla artysty to jest ważne, masz poczucie, że jesteś doceniany, a ja się do tego przyznaję – to mi sprawia ogromną radość. Uwielbiam to, naprawdę!

20150424-Karolina Lewandowska-Mary Komasa-059

Widzę teraz po Tobie, że jesteś taką uśmiechniętą pozytywną osobą…

Mary Komasa: Ok, zacznijmy płakać (śmiech).

Nie, lepiej nie. (śmiech) Dążę do tego, że w twoich piosenkach jest bardzo dużo smutku, melancholii. Skąd się ona bierze w tak pozytywnej osobie?

Mary Komasa: Ostatnio byłam na pięknym filmie, a dokładniej bajce pt. „Inside Out” – nie pamiętam jej nazwy po polsku, ale całość opowiada o emocjach. Trafiłam na polską wersję językową w której grają Maja Ostaszewska i Kinga Preis – jedna jest radością, a druga smutkiem. I ja mam dokładnie tak, jak w tym filmie – nie ma jednego bez drugiego. Żeby odczuwać radość, musisz znać smutek – im bardziej odkrywam w sobie ten smutek i melancholię, tym bardziej potrafię cieszyć się radością. To jest coś do czego musiałam dojrzeć, bo długo tej melancholii nie akceptowałam w sobie. Wychowywałam się w artystycznej rodzinie, w której tata pochodzi z Krakowa i był niemal przesiąknięty deszczem i chmurami – ja to przez długi czas odrzucałam. Poza tym muzyka klasyczna, która całe życie mi towarzyszy też sama w sobie nie zawsze jest pozytywna – choćby cały Chopin ma w sobie ogromną ilość melancholii. Ja się jej bałam, bo wiedziałam, że gdzieś ona we mnie siedzi. Teraz staram się przekuć tę melancholię w piosenki i cieszę się, że mnie w jakiś sposób inspiruje, bo to jest mój sposób na nią. Paradoksalnie kiedy oglądam film „Melancholia” Larsa von Triera, który jest moim ukochanym filmem, to zawsze jestem po nim pozytywnie nastawiona, czuję się po prostu szczęśliwa. To nie jest według mnie smutny film, on w pewnym sensie jest wręcz przesiąknięty radością i nadzieją i dla mnie melancholia ma to wszystko w sobie.

Przejdźmy do Twojej płyty – podobno nagrywałaś ją na sprzęcie z lat 60 i 70?

Mary Komasa: Tak, była tam choćby konsola NEVE i to już jedna z nielicznych, które były na świecie. Na samym początku w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy, weszłam do tego studia i byłam w szoku kiedy to zobaczyłam. W ogóle nie wiedziałam, czy to wszystko jeszcze działa czy to jakieś rupiecie, które co najwyżej mogą stać w muzeum. Piękne rupiecie – tylko czy coś z nich w ogóle się odzywa? Po czym usłyszałam moc tych wszystkich instrumentów i już wiedziałam, że jestem w miejscu, które doda mojej muzyce pięknych barw i pogłębi ją. Patrząc na to teraz robią muzycy, myślę, że się powoli wraca do takiego podejścia. Choćby Hozier, Mumford and Sons czy Edward Sharpe and the Magnetic Zeros – oni wszyscy wracają do tego brudu, prostoty, a nie na czyszczeniu tego dźwięku i spłaszczaniu go w dodatku skupiają się na tym, żeby dużo tworzyć samodzielnie. Tym bardziej cieszę się, że i ja miałam taką możliwość, tam mogłam być w stu procentach sobą i wiem, że w stu procentach ta muzyka również dzięki temu wybrzmiała – z wszystkimi brudami i pięknem, które ma w sobie.

Powiedz tak szczerze, jak się czuje muzyk po wydaniu debiutu?

Mary Komasa: ZMĘ-CZO-NY (śmiech). Wiesz, to nie była łatwa droga, ponieważ długo szukałam wydawcy. Zawsze słyszałam też, że kiedy pójdę do dużej wytwórni to będę miała problemy bo moja muzyka jest specyficzna. Teraz się cieszę, że mam takiego wydawcę, który wierzy we mnie tak bardzo, że nigdy nie spodziewałam się, że jest ktokolwiek na świecie, kto może we mnie tak uwierzyć. Wszystkie moje dziwne propozycje nigdy nie są artystycznie negowane, dzięki czemu czuję, że mam pełną wolność. Czuję się spełniona, szczęśliwa i czekam na kolejne płyty, bo wiem, że mam pełną swobodę działania. Natomiast osobiście, ten okres przed wydaniem płyty to był ciężki i żmudny proces. Wiele rzeczy musiałam w sobie poukładać, bo dużo rzeczy się we mnie zmieniło. Obecnie już intensywnie koncertuję i ta muzyka już nie żyje tylko w moim iPhonie – mają już ją ludzie i każdy interpretuje ją po swojemu. Jednocześnie mam też poczucie, że to wszystko wydarzyło się „ages ago”. Od tygodnia mam już 30 lat i rzeczywiście czuję, że zamknęłam za sobą pewien rozdział. Tym bardziej cieszy mnie, że ten album wyszedł pod koniec tej dwudziestki, bo czuję, że mimo wszystko to jest dojrzała płyta i ja się czuję przy niej dojrzała i w stu procentach odpowiedzialna za ten materiał. Teraz czekam na nowe. Jest we mnie potrzeba pisania nowych piosenek i nie mogę się przed tym powtrzymać.

Jest szansa, że coś nowego ukaże się wcześniej podczas koncertów?

Mary Komasa: Dokładnie wczoraj podczas koncertu na zakończenie zagrałam nową piosenkę, także tak. Będę wrzucać takie smaczki, głównie po to, żeby sprawdzić się z publicznością – co działa w brzmieniu, a co nie. Wiesz, ja wcześniej nie miałam takiej możliwości, bo nie miałam zespołu, z którym mogłam nad tym popracować – teraz wszystko się zmienia i to jest zupełna nowość, która weszła do tego projektu.

20150424-Karolina Lewandowska-Mary Komasa-060

Czytając recenzje Twojego albumu zauważyłam, że wielu recenzentów porównywało Cię z Laną Del Rey – dla mnie dziwne, ale nie denerwują cię nieco takie porównania?

Mary Komasa: Kompletnie nie, ale też ja nigdy nie inspirowałam się Laną Del Rey – nie mam ani jednej jej płyty i znam dosłownie jedną piosenkę – a jeżeli ktoś w naszej muzyce znalazł jakieś podobieństwa? Proszę bardzo. Myślę, że z Laną, której oczywiście osobiście nie znam, wiąże mnie to, że najprawdopodobniej sięgałyśmy do tych samych korzeni. Kiedyś nawet usłyszałam, że moja muzyka jest inspirowana Amy Winehouse – nie jest, ale skoro słuchałam i grałam kiedyś jazz to jest to naturalne, że pewnie czerpałyśmy inspiracje z tego samego źródła. Ja się bardziej inspiruje osobowościami i tym, że Ci ludzie potrafili przekraczać granice – Bjork, Beck czy Woodkid – to są muzycy, którzy wszystko robią sami, nie są komercyjnym tworem i właśnie tacy ludzie mnie nakręcają. Muzycznie inspirowałam się Radiohead – to była dla mnie muzyka i samo podejście do niej bardzo bliskie memu sercu. A Lana Del Rey? Może to wróży sukces? Wiesz co mam na myśli? (śmiech) Lana się sprawdziła, ma w sobie coś co ludzi przyciąga.

Przygotowując się do naszej rozmowy widziałam, że słuchałyśmy w dzieciństwie podobnej muzyki i przyznam, że ciekawi mnie, co teraz gości w twoim odtwarzaczu?

Mary Komasa: Teraz słucham dużo klasyki, bo czasem już nie chcę słów. W takich chwilach po prostu odpływam. Zazwyczaj jest to Bach, bo on jest dla mnie bardzo logiczny, a jednocześnie przepełniony jakąś emocją. Ale też lubię wracać do wielu rzeczy, lubię tą swoją „comfort zone” i mam pewne utwory, które wiążą się mocno ze wspomnieniami z przeszłości, przez co w moim odtwarzaczu jest dosłownie wszystko – są Backstreet Boys, jest Ewa Demarczyk, są też nowe rzeczy, które się pojawiają i wpadają mi w ucho. Ciekawą opcją są dla mnie wciąż festiwale muzyczne, bo nagle się okazuje, że odkrywam na nich zupełnie nowe zespoły, o których istnieniu nie miałam pojęcia a one już od jakiegoś czasu funkcjonują i to na wielką skale – wtedy moja lista się poszerza. Ja się nie zamykam na żaden gatunek, słucham na przykład dużo rapu i hip hopu, a kiedy mam potrzebę to sięgam po starsze rzeczy – ostatnio wałkuję The Fugees z Lauryn Hill. Lubię sobie wrócić do takich „cheesy years”.

Masz jakieś tegoroczne odkrycie festiwalowe?

Mary Komasa: To nie było odkrycie, ale koncert Hoziera bardzo mi się podobał, bo był dokładnie taki jak jego płyta. Chłopak świetnie śpiewa na żywo, a jak zobaczyłam, że to jest rocznik 90’ to po prostu usiadłam na trawie, bo już więcej nie mogłam w tej sytuacji zrobić, np. spaść z krzesła (śmiech). Ale tak naprawdę, z podziwem patrzę na takich ludzi i na to, że on ze swoją muzyką dociera do takiej ilości ludzi na całym świecie… To jest moje marzenie, żeby moja muzyka też kiedyś dotarła do takich tłumów.

Jest wielu świetnych muzyków którzy nie posiadają wykształcenia muzycznego. Ty skończyłaś szkołę muzyczną i na na ile wykształcenie pomaga Ci w tworzeniu?

Mary Komasa: Powiem tak – jak Ci się spier*oli odsłuch na scenie to cholernie Ci pomaga. Po prostu liczysz wtedy na siebie i nie masz z tym żadnego problemu, bo masz to wszystko zapisane w głowie. Wiesz od czego brać dźwięki i wiesz na jakim poziomie one są. Na pewno edukacja muzyczna poszerzyła moją wyobraźnię muzyczną. Wiem, że kiedy chcę zagrać intro i wpleść w nie elementy Hendla to ja to mogę zrobić – nic w żaden sposób mnie nie ogranicza. Jeśli obserwujesz mój Instagram, to wiesz, że często wrzucam zdjęcia jak coś ćwiczę – ostatnio choćby Debussy „Claire de Lune”. Wiesz, często sobie myślę, że jak moja mam miała czwórkę dzieci, to najłatwiejszą z opcji jaką miała było wsadzenie ich do jednego samochodu i zawiezienie do szkoły muzycznej. Wszystko oczywiście zależy na jakich profesorów trafisz, ja miałam to szczęście, że miałam genialną profesorkę od organów, która otworzyła moją wizję i uruchomiła mnie tak bardzo, że zawsze będę jej za to wdzięczna. Jak się trafi na taką osobę jak profesor Dziubińska, to naprawdę możesz wszystko i nic w żaden sposób nie będzie Cię nigdy ograniczać.

Już na koniec powiedz, czego mogę Ci życzyć?

Mary Komasa: Żebym podbiła ten świat!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...