music is ... muzyka z najlepszej strony.

OFF Festival 2015 – dzień II

Ride / fot. Jarek Sopiński

Ride / fot. Jarek Sopiński

Przewidywania co do frekwencji podczas drugiego dnia potwierdziły się. Bardziej różnorodny gatunkowo program przyciągnął zdecydowanie więcej festiwalowiczów niż w piątek i zadowolił chyba najbardziej wybrednych fanów muzyki. Nie dało się nie zauważyć, że jednak prawdziwe tłumy przyciągnęły dwa najważniejsze koncerty tego dnia – Xiu Xiu i Ride.

Festiwalowa sobota rozpoczęła się dla mnie od koncertu trójmiejskiego zespołu Olo Walickiego, który w całości zaprezentował materiał z jego ostatniej płyty „Kaszebe II”. Wspomagany przez kilku świetnych lokalnych muzyków – M.Bunio.S, Piotr Pawlak, Tomek Ziętek i Kuba Staruszkiewicz – tworzy orkiestrę na miarę dzisiejszych czasów. Totalnie niekonwencjonalną, trochę szaloną, ale oddającą się bez reszty muzyce. Mało kto potrafi przedstawić tak proste teksty, w taki sposób, jakby opowiadali najważniejszą i najbardziej dramatyczną historię swojego życia. Świetne, sielankowe wprowadzenie do kolejnego dnia festiwalu.

Chwile później scenę główną opanował król - King Khan ze swoim zespołem The Shrines. W rozgrzaniu jeszcze bardziej publiczności zupełnie nie przeszkadzało mu blisko 40 stopni w pełnym słońcu. Charyzmatyczny wokalista biegający w samych slipkach, cekinach i pióropuszu owinął sobie słuchaczy wokół palca już po pierwszych dwóch utworach. Jego szalony zespół z doskonale skoordynowaną sekcją dętą i biegającym po scenie z syntezatorem klawiszowcem przez ponad godzinę dostarczył nam sporą dawkę zwariowanego soulu z elementami jazzu i zapewnił chyba najbardziej żywiołowych występów tej edycji. Nieco spokojniej, ale równie klimatycznie było pod sceną leśną gdzie pojawił się Ten Typ Mes ze swoim zespołem. Ambitny hip hop zawsze miał swoje miejsce na OFF Festivalu i zawsze cieszył się sporym zainteresowaniem. Nie inaczej było tym razem. W swoim przekrojowym secie zmieścił utwory z niemal wszystkich dotychczasowych, z lekką przewagą z ostatniego krążka „Trzeba było zostać dresiarzem”.

Najlepszy dla mnie koncert drugiego dnia to bez wątpienia Sun Kil Moon. Namiot Trójki dosłownie pękał w szwach. Samo dostanie się w okolice namiotu graniczyło z cudem. Mark Kozelek jak nikt inny potrafi zaczarować swoimi opowieściami i skupić na sobie całą uwagę słuchaczy. Organizatorzy zapowiadali, że „to będzie koncert, który uraduje nie tylko fanów amerykańskiego indie folku, ale wszystkich, którzy w muzyce cenią sobie unikalny splot kruchego piękna z brutalną prawdą”. Mieli rację. Trudne, ale dogłębnie prawdziwe teksty w połączeniu z subtelną, ale też momentami surową muzyką stworzyły intymną atmosferę i wrażenie bezpośredniego obcowania z zespołem. To był zwyczajnie piękny i szczery koncerty. Prosty w swojej formule, ale totalnie poruszający.

Mocniejszych wrażeń dostarczył występujący na scenie głównej pochodzący z New Jersey zespół The Dillinger Escape Plan. Podobno przodują w liczbie kontuzji odniesionych na scenie. Trudno się temu dziwić, gdy widzi się latających wręcz nad sceną muzyków. Ich muzyka to połączenie precyzyjnego mathcore z post hardcore’ową ekspresją i intensywnością. Kolejna kapela ze świetnym growlującym wokalistką.

Jeden z najbardziej wyczekiwanych koncertów tegorocznej edycji podzielił offową publiczność. Xiu Xiu grające soundtrack do „Twin Peaks” jednych zachwycili innych rozczarowali. Materiał stworzony przez Davida Lyncha i Angelo Badalamentiego jest trudny i wymagający. Muzycy Xiu Xiu przełożyli go na własny język, który momentami wydawał się niezrozumiały dla publiczności. Trochę za bardzo improwizowany, trochę niepotrzebnie przekombinowany. Niemniej jednak należy docenić zdolność operowaniem dźwiękiem, przechodzenie od cichych, skręcających w stronę ambientu aranżacji, po ekstremalnie improwizowane utwory. Najlepszym punktem ich koncertu był oczywiście motyw przewodni filmu, w którym udało im się zachować jego subtelność, dzięki czemu nic nie stracił na swojej wyjątkowości.

Ride w roli headlinera spisał się znakomicie. Wieloletni fani kultowej grupy podkreślali, że zespół jest w wyjątkowo dobrej formie koncertowej. Zaczęli znanym „Leave Them All Behind”, którym rozpoczęli set pełen znanych, kultowych utworów, wśród których nie zabrakło również „Drive blind” czy „Vapuor Trial”. Ride należy do zespołów, które jedyne co muszą robić na scenie to grać. Na szczęście robią to wyjątkowo dobrze, dlatego ich koncert choć bardzo poprawny, to dla fanów, którzy czekali całe życie, aby zobaczyć.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...