Minęły już jakieś trzy tygodnie od premiery najnowszego albumu Tame Impala. Lub od trzeciego albumu Kevina Parkera z zespołem, bo tutaj lider australijskiego ansamblu pełni już chyba każdą możliwą rolę – napisał całe „Currents”, jak zwykle zagrał prawie na każdym instrumencie, wyprodukował album, ale w przeciwieństwie do „Innerspeaker” i „Lonerism” – nagrał go w swoim domowym studio.

Szkoda tylko, że „Currents” to płyta która została już nagrana. Choćby na „Merriwheater Post Pavillon” od Animal Collective i „Congratulations” od MGMT. Podobieństwa do zwłaszcza tego drugiego albumu są nieuniknione, szczególnie gdy już otwieracz brzmi jak „Flash Delirium”. Wolałem jednak, gdy Parker odbijał w stronę stonerowych łamańców i psychodelii spod znaku raczej głębokich lat 60-tych, niżeli tej, która nadal jest popularna.

Mimo wszystko to nadal jest Tame Impala – głównie ze względu na styl bycia frontmana, utarty już od pierwszej EP-ki. Zgadnijcie, jaka tematyka dominuje na trzecim krążku. Wycofanie ze społeczeństwa? Samotność i izolacja? Niemożność odnalezienia swojego miejsca w tym paskudnym, chaotycznym świecie? Brak chęci do bycia jego częścią? Oczywiście! I jak wspaniale, dziwacznie się to zgrywa z tą quasi-wesołą stylistyką.

Co mogę powiedzieć o „Currents”? To, że zawsze mam straszny problem z oceną takich płyt. Album jest świetne muzycznie: totalnie zakochałem się w prawie ośmiominutowym otwieraczu „Let It Happens”, w utworach – a w zasadzie psychodelicznych piosenkach – takich jak „The Moment” czy „The Less I Know The Better” (na który Parker narzeka i nazywa utwór paskudnym, białym funkiem), we wszystkich przerywnikach trwających razem niespełna tyle, co każdy inny pojedynczy utwór na tym albumie.

Ja chyba jednak wolę powrócić do ich nagrań z okresu „Half Full Glass of Wine”, czyli najlepszego riffu 2008 roku, kiedy Kevin Parker był nową postacią na stonerowo-psychodelicznej scenie, odbijając od ciężaru męskości i metalu. Tutaj mamy przyjemny psyche/indie pop, ale wraz z jęczącym wokalem znanym choćby z hitu „Feels Like We Only Go Backwards”, koniec „Currents” zaczyna męczyć. Traci przez to świetne i w pozytywnym sensie dziwaczne zamknięcie płyty, trącające wręcz vaporowymi/chill wave’owymi inspiracjami „New Person, Same Old Mistakes”.

To naprawdę trudny album, w moim mniemaniu kierowany do dwóch grup – nowych słuchaczy Tame Impala, lub zagorzałych fanów Parkera, kupujących od niego wszystko jak leci. Wspierałem ich twórczość od początku i każdą płytę przesłuchałem co najmniej parokrotnie, ale nigdy nie byłem die-hardem tej kapeli, co pewnie owocuje jakimś tam drobnym niezadowoleniem związanym z najnowszym wydawnictwem. Choć oczywiście masa rzeczy jest tu świetna, nawet jeśli nie do końca potrafię zrozumieć coraz silniejsze odwracanie się od swoich korzeni. I dlaczego „Cause I’m A Man” jest tak paskudne.

Nie ma więcej wpisów