music is ... muzyka z najlepszej strony.

OFF Festival 2015 – dzień III

Patti Smith / fot. Jarek Sopiński

Patti Smith / fot. Jarek Sopiński

Ostatni, trzeci dzień OFF Festivalu przyniósł nieco więcej muzycznych odkryć i upłynął pod znakiem kilku naprawdę znakomitych koncertów. Bez wątpienia był to najlepszy pod względem koncertowym dzień tegorocznej edycji, dzięki któremu zyskała ona jednak trochę więcej plusów niż minusów.

Na pierwszy rzut poszedł śląski duet Coals, który absolutnie oczarował namiot Trójki. Ich delikatne, mocno inspirowane skandynawską stylistyką utwory zachwyciły publiczność i wniosły powiew świeżości do festiwalowego programu. Połączenie partii klawiszowych, z subtelnym brzmieniem gitary i eterycznym wokalem Kasi Kowalczyk tworzy efekt, jakiego nie powstydziłby się nawet Daughter. Trochę zaskoczeni tak dobrą frekwencją o tak wczesnej porze, trochę też zakłopotani dobrym przyjęcie i jednocześnie szczerze prawdziwi w swojej muzyce. Podobny indie folkowy klimat, tym razem w wydaniu amerykańskim, stworzył Steve Gunn, którego koncert okrzyknięty został najlepszym z tegorocznej edycji przez muzyków Coals. Sprawny gitarzysta i intrygujący autor tekstów w swojej muzyce stawia na eklektyzm. Znajdzie się tu trochę psychofolku, ponurych ballad, ale też zgrabnych, melodyjnych piosenek. Idealne umiejscowienie koncertu zarówno w czasie, jak i przestrzeni.

Natężenie dźwięku na Decapitated sprawiło, że scenę leśną ominęłam szerokim łukiem i dotarłam pod główną, gdzie do swojego występu szykował się jeden z obowiązkowych punktów tegorocznej edycji – SON LUX. Ich koncert spokojnie można zaliczyć do pierwszej piątki całej edycji. Trudno doszukiwać się słabych momentów czy wpadek. Set krótki, ale bardzo konkretny, skrojony w większości z utworów z dwóch ostatnich krążków „Lanterns” i „Bones” zapewnił świetny feedback od publiczności i mocno zaangażował zespół. Nie zabrakło oczywiście najczęściej nuconych utworów ostatnich miesięcy, czyli „Easy” z długim, improwizowanym outro czy „Lost It To Trying” na finał. SON LUX to przede wszystkim znakomici, zdolni muzycy, dzięki którym kapela może się pochwalić unikatowym brzmieniem. Ian Chang zasiadający za bębnami bawi się rytmiką, umiejętnie łącząc pada perkusyjnego z klasycznymi bębnami, a Rafiq Bhatia swoją precyzyjną grą na gitarze przełamuje pokłady elektronicznych melodii. Bezbłędny występ idealnie umiejscowiony w czasie i przestrzeni OFF Festivalu.

Algiers grające chwile później na scenie leśnej dali koncert, o którym mówią wszyscy. Grywali z Interpolem, a debiut wydali w Matador Rocords. Jak twierdzą organizatorzy OFFa zespół stanął właśnie u progu wielkiej kariery. Trudno się z tym nie zgodzić słysząc ich muzykę na żywo. Ich kluczem do sukcesu jest totalnie nieszablonowe podejście do tworzenia muzyki oraz efektowne operowanie gatunkami i stylami. Znajdzie się tu hipnotyczny soul, gitarowy brud, syntezatorowy trans. Wszystko doskonale wyważone i podane w taki sposób, że dla wielu uczestników OFFa Algiers okazał się najważniejszym odkryciem muzycznym festiwalu.

Celnych strzałów było tego dnia jeszcze kilka. Warto było po kolejny raz na OFF Festivalu wpaść na Iceage, aby zobaczyć ich nowe oblicze. Dwa lata temu podczas ich koncertu nad sceną leśną unosił się tylko kurz od pogującej publiki. Teraz można było raczej pobujać się do zgrabnych melodii niż wyszaleć przy dzikich kompozycjach. Na wydanej w zeszłym roku płycie „Plowing into the Field Of Love” więcej jest śpiewu niż krzyku, mniej jazgotliwych gitar, ale wciąż podobna energia. Starzy fani mogą być trochę zawiedzeni, a nowi zaskoczeni.

Chwilę później to już koncert headlinera czyli Run The Jewels. Oddanie im sceny głównej w czasie, który do tej pory należał wyłącznie do kapel legendarnych i ważnych jest dla mniej największym nieporozumieniem tegorocznej edycji. Młody, istniejący zaledwie od dwóch lat skład owszem, pnie się w górę w piorunującym tempie, zbiera rewelacyjne recenzje i przyciąga rzesze fanów na swoje koncerty, ale nie jest kapelą, która mogłaby zakończyć jubileuszową, dziesiątą edycję OFFa w sposób wyjątkowy. Trudno stwierdzić, czy zaskakujące posunięcie organizatorów było planowanym ruchem mającym zaskoczyć, czy raczej przypadkiem wymuszonym czynnikami logistycznymi. Mam nadzieję, że to drugie.

Czas ten powinien należeć wyłącznie do jednej postaci – Patti Smith. Artystka kultowa, „najważniejsza poetka rock’n'rolla”, legenda. „Horses” to materiał, który mimo upływu czasu nie starzeje się i w jej wykonaniu wciąż brzmi wyjątkowo. „Break it up” poprzedzone opowieścią o śnie z Jimem Morrisonem w roli głównej zbudowało napięcie i przywołało wspomnienie o bliskiej jej osobie. Podobnie było w poruszającym „Elegie”, w którym oddała hołd wszystkim zmarłym przyjaciołom, członkom rodziny i muzykom: od Hendrixa i muzycznych braci Ramone, aż po Amy Winehouse i Lou Reeda. Artystka nie zapomniała także o ofiarach ataku nuklearnego w Nagasaki w przypadającą tego dnia 70. rocznicę wydarzenia. Uczyniła ze swojego życia i twórczości jeden wielki manifest czego wyraz wielokrotnie dawała podczas koncertu w Katowicach. Niesamowicie energiczna, wciąż z tą samą dzikością w oczach dała jednej z najlepszych, o ile nie najlepszy występ nie tylko tegorocznej edycji OFFa, ale OFFa w ogóle. Po ostatnich dźwiękach „My Generation” z repertuary The Who zerwała wszystkie struny, po czym w triumfalnym geście pocałowała swoją ukochaną gitarę i posypała publiczność płatkami róż. Piękny, znaczący i niewymuszony gest. Patti Smith pokazała się nam taką, jaka jest naprawdę – niesamowicie szczerą i prawdziwą, bez udawania. Fenomen w postaci jednej kobiety.

Koncerty zamykające OFFa 2015 należały do reprezentantów wszelkich odmian elektroniki i techno. Do ostatniego dnia czekałam aż scena leśna zachwyci swoim programem wzorem lat ubiegłych, jak koncert Pionala czy Johna Talabota. Niestety nie doczekałam się. Trzeciego dnia Bookwarms zagrało przeciętny set, który co prawda rozwijał się w dobrą stronę, ale niestety bardzo długo. I tym sposobem przegrali w zestawieniu z pochodzących z Angoli DJ Nigga Fox, który namiot eksperymentalny zamienił w szaloną, egzotyczną dyskotekę. Jego koncert można porównać do występu Omara Souleymana z 2011 roku, kiedy to w rytm syryjskich melodii tańczyli wszyscy jeszcze długo po zakończeniu show. Ostatni set to już M.E.S.H. Amerykanin z pochodzenia, Berlińczyk z wyboru. Stały rezydent berlińskich klubów. Specjalizuje się w mrocznym, ponurym techno, ale zdarza mu się też stworzyć lżejsze sety z melodyjną, chilloutową elektroniką, dzięki czemu finałowy występ OFFa nie zmęczył, a zaintrygował.

Podsumowanie jednoznacznie jubileuszowej edycji katowickiej imprezy nie jest możliwe. Dobrych momentów było równie dużo co rozczarowań. Zdecydowanie mniej odkryć niż w ubiegłych latach, ale za to więcej zaskoczeń. Kilka bardzo dobrych momentów jak Son Lux, Sun Kil Moon, Patti Smith czy Peaking Lights Acid Test zalicza jednak tegorocznego OFFa na plus. Wciąż pozostaje to festiwal z misją, odbywający się w przepięknym miejscu, na który jeździ się dla samej atmosfery, a nie konkretnych artystów. Po to by odkrywać i doświadczać nowego. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że organizatorzy OFF Festivalu nie odejdą za bardzo od pierwotnej koncepcji i zachowają t, co w tym festiwalu najlepsze.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...