music is ... muzyka z najlepszej strony.

fnm

Faith No More Sol Invictus

data wydania: 2015-05-19
wydawnictwo: Ipecac

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Pierwsza płyta od 18 lat, pierwsza płyta po reaktywacji – a skład, prawie że, niezmienny. Taki zresztą jest od przybycia Pattona w 1988 i okresu po odejściu Jima Martina w 1996. Niemożliwym jest więc, żeby zatracili gdzieś ten charakterystyczny pierwiastek swojej twórczości. Ale czy to jeszcze Mike Patton? Czy to jeszcze Faith No More? Po wielokrotnym odsłuchu „Sol Invictus” stawiałem sobie te pytania co najmniej kilkanaście razy – i odpowiedzi nadal nie znalazłem.

I rzeczywiście, od samego otwarcia „Sol Invictus” w postaci dwuminutowego tytułowego utworu pojawia się uczucie, że jest to odpowiednia kapela na odpowiednim miejscu. Dalej natomiast jest tylko lepiej, bowiem „Superhero” z motywem prowadzącym, będącym niejako przebieżką po którejś z orientalnych skal, jest kawałkiem na miarę „Epic” czy „Midlife Crisis”. Zachwyty nad pierwszą częścią „Sol Invictus” można by mnożyć i mnożyć – choćby „Cone Of Shame” to utwór brzmiący jak wyrwany z „Angel Dust”.

Niestety na tym – przynajmniej dla mnie – zachwyty się kończą. Po wspomnianym „Cone Of Shame” płyta zaczyna odjeżdżać w kompletnie dziwaczną stronę i wcale nie chodzi tu o awangardę. Poczynając od „Rise Of The Fall” aż do końca albumu Faith No More brzmią jak dosłownie każda kapela grająca alternatywny rock w latach 90-tych. No, może z odpowiednią dla nich dawką pianina. Sam za siebie mówi fakt, że najciekawszym utworem drugiej części tego albumu jest nagrany jawnie dla żartu „Motherfucker”. Patton traci tutaj swą charakterystyczną manierę dla bylejakości, a kompozycje są nieprzemyślane i nie mogą zaoferować sobą nic poza bogatym aranżem.

Wielu kolegów po fachu stwierdziło dokładnie to samo co ja – że ciężko jest mieć jednoznaczny stosunek do najnowszego wydawnictwa Faith No More. „Sol Invictus” byłoby dobrym nowym startem, dobrą EP-ką na rozgrzewkę przed sensownym długogrającym wydawnictwem. W tym wypadku dla potomnych zostanie tylko kolejny krążek legendarnej kapeli z paroma fajnymi numerami. Bo gdyby potraktować „Sol Invictus” wybiórczo, byłoby fenomenalnie. Przy traktowaniu holistycznym jest to jednak solidny średniak.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...