Wielokrotnie podkreślane, nowe otwarcie Kraków Live Festival w końcu stało się faktem. W stolicy Małopolski ruszyło trzydniowe święto muzyki alternatywnej. Jak wyglądał pierwszy dzień?

Taco Hemingway

Sam Taco pod koniec swojego koncertu powiedział, że nie do końca wierzy w to, co dzieje się ostatnio wokół jego osoby. Dość trafne spostrzeżenie. W ciągu dwóch miesięcy młody raper z Warszawy przeistoczył się z debiutanta w postać wręcz kultową. Zupełnie zasłużenie. Kolejnym potwierdzeniem tego statusu był właśnie krakowski koncert. Genialny storytelling i coraz luźniejszy flow sprawiają, że każdy kolejny występ Hemingwaya jest tylko lepszy. Nowy król polskiego hip-hopu? Za wcześnie, żeby to orzec, ale zdecydowanie jeden z najpoważniejszych pretendentów do tronu.
/ Marcin Błajet /

Po koncercie Taco Hemingwaya na tegorocznym Open’erze miłośnicy polskiej muzyki zaczęli rozpisywać się o tym chłopaku w samych superlatywach. W Krakowie Taco pokazał, że kontakt z publicznością do dla niego pestka, umiejętnie operując słowem rozkręcił publikę otwierając tegoroczną edycję Kraków Live Festival. Dla mnie jednak większym zaskoczeniem były same reakcje publiczności, która bawiła się jakby na scenie stała kolejna zagraniczna gwiazda, a nie debiutant, którego album nie jest nawet promowany w największych mediach i sieciach, a trafia do kolejnych osób pocztą pantoflową. Brawo Filipie – oby tak dalej!
/ Karo Lewandowska /

Taco Hemingway

Aurora

Od momentu, kiedy miałem możliwość z Aurorą porozmawiać, nie potrafię zachować ani odrobiny profesjonalizmu w ocenie jej muzyki. Sama artystka jest niesamowicie ciepłą i uroczą osobą. Dokładnie taka sama jest na scenie. Prawdziwość i szczerość są dla niej jednymi z najważniejszych wartości i nimi właśnie kieruje się na scenie. Osobiste historie, które opowiada w swoich piosenkach stają się także naszymi historiami. Potężny ładunek, który płynie z muzyki sprawia, że namiot Kraków Stage opuściłem maksymalnie wyeksploatowany emocjonalnie, z łzą spływająca z policzka. Zaś cały koncert stałem zahipnotyzowany wpatrując się w tę drobną osobę o potężnym głosie. Czy to miłość? Obawiam się, że tak.
/ Marcin Błajet /

Szczerze przyznaję, że nie interesowałam się wcześniej kim jest Aurora. Kiedy na scenę wyszła ta mała kruszynka, spodziewałam się czegoś leciutkiego, popowego, niekoniecznie ambitnego. Czar zaczął działać kiedy to maleństwo zaczęło śpiewać – moc jej głosu kilkukrotnie przewyższa jej osobę, a aura jaką roztacza podczas występu całkowicie hipnotyzuje.
/ Karo Lewandowska /

Aurora

Low Roar

Na koncercie Low Roar spodziewałem się przeżyć podobnych do tych, które chwilę wcześniej zaserwowała Aurora. Niestety, o ile młoda Norweżka potrafiła zbudować fantastyczny kontakt z publicznością, o tyle Low Roar postawił na dystans wobec zebranych fanów. Koncert zagrany bardzo dobrze, muzycznie zupełnie nic nie można zarzucić. Dla mnie jednak, przy muzyce tak nastrojowej jak ta, ważne jest, aby atmosfera w namiocie szła w parze z muzyką. Niestety, atmosfera na Kraków Stage chyba trochę „usiadła”.
/ Marcin Błajet /

The Maccabees

Brytyjczycy powrócili do Polski z nowym albumem i to na niego został położony największy ciężar przy układaniu setlisty. Album choć w wersji studyjnej mnie nie zachwycił, na żywo broni się fantastycznie. Kawałki, którym zarzucam odrobinę braku historii, na krakowskiej scenie głównej nabrały potężnej koncertowej mocy. Nadal jednak żałuję, że nie miałem szansy usłyszeć w wersji koncertowej genialnych piosenek z poprzedniej płyty. Doskwiera przede wszystkim brak fantastycznego „Unknown”. Panowie z The Maccabees ruszyli do przodu, więc sądzę, że chyba i na mnie przychodzi czas.
/ Marcin Błajet /

The Maccabees

Ratatat

To już drugie moje spotkanie z Ratatat w tym roku. Nadal nie mam dość. Genialni magicy gitary elektrycznej. Kombinacja genialnych dźwięków i przepięknych, choć psychodelicznych wizualizacji, która obezwładnia, wprowadza w trans. Ratatat to perfekcja, którą ciężko opisać słowami. To trzeba po prostu przeżyć. Przy okazji udało mi się zaliczyć kolejne koncertowe marzenie – usłyszeć „Seventeen years” na żywo. Poezja gitary.
/ Marcin Błajet /

Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z muzyką Ratatat nie oczarowali mnie – przyznaję, było to spotkanie w domowym zaciszu przy niekoniecznie najlepszej jakości sprzęcie muzycznym. Wczoraj – magia. To co Ci panowie wyprawiają z instrumentami i jak prezentują swoją muzykę zapiera dech w piersiach. Wiem, że wrócę do romansu z ich twórczością, tym razem na dłużej.
/ Karo Lewandowska /

Ratatat

Foals

Headlinerska pozycja tych panów nieco mnie zaskoczyła. Zeszłoroczny koncert w Gdyni zupełnie do mnie nie trafił, a późniejsze pojawienie się Royal Blood sprawiło, że całkowicie zapomniałem o wątłych staraniach Yannisa i kolegów. Nikt jednak nie rozumiał mojej niechęci do Foals, wciąż opowiadając o nich z takim zachwytem, że miałem wrażenie, że byłem na zupełnie innym koncercie. Dlatego też postanowiłem dać panom drugą szansę, tym bardziej, że pierwsze single z nowej płyty o dziwo do mnie trafiają. Set zamykający pierwszy dzień Kraków Live był zdecydowanie lepszy niż ten w Gdyni. Przede wszystkim dlatego, że Foals odzyskali swój niesamowity, wręcz legendarny power. Okazuje się, że temu materiałowi zdecydowanie służy noc i zamknięta, prawie klubowa przestrzeń. Niestety w połowie koncertu poczułem pewne znużenie, co mogło być spowodowane maksymalną wtórnością setlisty i kiepskim ułożeniem. Zaskakujące było to, że pomimo trzech wypuszczonych singli i premiery albumu już za tydzień, Foals zagrali tylko dwa nowe kawałki. Zabrzmiały jednak tak świetnie, że z przyjemnością wrócę na ich koncert, kiedy wrócą już po wydaniu „What Went Down”.
/ Marcin Błajet /

Foals to nazwa, która sprawiła, że Kraków Live Festival stał się dla mnie pozycją obowiązkową wśród tegorocznych wydarzeń. Ich koncert w palącym słońcu Open’era, którym byłam zachwycona chowa się przy tym co panowie zrobili wczoraj. Zespół jest w fenomenalnej formie koncertowej – od pierwszej sekundy koncertu zarówno muzycy na scenie jak i publiczność zgromadzona pod nią nie dawali sobie chwili wytchnienia. Setlista może nie była zaskakująca, bo wystarczyło sprawdzić ostatnie koncerty panów, żeby wiedzieć co zabrzmi na głównej scenie, ale trzeba przyznać, że nowe utwory – szczególnie „Mountains at my Gates” na żywo to totalne petardy! Szaleńczy, wyciskający ze wszystkich maksimum energii finał to rzecz, której słowami nie sposób opisać – to trzeba przeżyć. Dawno nie widziałam takiego szaleństwa – tylko nie wiem gdzie ono było większe, wśród muzyków czy wśród publiczności?
/ Karo Lewandowska /

FOALS

Nie ma więcej wpisów