music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sziget 2015

Sziget / mat. prasowe

Sziget / mat. prasowe

Wyobraźcie sobie podrasowaną wersję Nibylandii, gdzie przez siedem dni życie wypełnione jest szeroko pojętą muzyką oraz atrakcjami, które tylko szalona głowa mogła wymyślić. Takie skojarzenia przywodzi mi na myśl wyspa, na której odbywa się węgierski festiwal Sziget. W bajkowej scenerii, pośród mnóstwa kolorowych instalacji wyglądających imponująco za dnia, a jeszcze lepiej nocą nietrudno oderwać się od szarej rzeczywistości, która pozostaje po drugiej stronie mostu. I nie są tego w stanie zepsuć ani parujące w upale namioty ani kolejki do prysznica.

Oczywiście, festiwal ten przyciąga uczestników znanymi nazwiskami, ale wydaje mi się, że jeżeli ktoś raz przeżyje tygodniowy maraton, będzie chciał wrócić głównie dla wyjątkowej atmosfery. A spotkać tu można ludzi z całego świata (95 krajów miało swoich reprezentantów!), choć według mnie gdyby wylosować przypadkową osobę na 80% byłaby ona z Holandii. Niemniej jednak kulturowy kocioł okazał się być jak na festiwalowe standardy zaskakująco kulturalny. Wracając do meritum, mnogość scen i wydarzeń może się wydawać powalająca i trudno ustosunkować się do wszystkiego.

Duże ryby
Spośród wykonawców zamykających codziennie scenę główną (nazwijmy ich headlinerami) zdecydowanie wyróżniłabym Robbiego Williamsa. Może to mój brak sprecyzowanych oczekiwań, ale stary wyjadacz naprawdę mnie ujął. Repertuar oparty o ewidentne hity, atrakcje w postaci zaskakujących coverów, a przede wszystkim dystans artysty do samego siebie – panie Williams klaskałabym jeszcze! Duży plus także dla Ellie Goulding, zdecydowanie kupuję popowe koncerty w takiej odsłonie. Florence prawie zabiegała się na śmierć i również stanęła na wysokości zadania, choć tu niespodzianek nie było. Podobnie Kings of Leon, stabilnie, ale trochę bez polotu. Jeżeli chodzi za to o przedstawicieli fascynującego nurtu press-play aka EDM, to podczas „koncertu” Avicii zastanawiałam się jakie sygnały podprogowe wysyła DJ w czapeczce, że 70 tysięcy ludzi pod sceną tkwi. (Czy wizualizacje z wnętrzem katedry sugerują, że DJ-e to nowi bogowie? Odpowiedź uzasadnij) Niemniej jeśli tylu osobom sprawia on radość, to cóż ja mam do powiedzenia. Lepiej poradził sobie akompaniujący zakończeniu festiwalu Martin Garrix. Choć w tym przypadku zadziałały wspomagacze w postaci laserów, ogni (nie sztucznych!), fajerwerków i kilku tysięcy glowsticków (nikt mi nie zabierze radości machania takowym przedmiotem, trofeum przywlokłam do domu!).

Odkrycia
Scena europejska prezentowana przez British Knights to kopalnia dla żądnych świeżej muzyki z całego kontynentu. Choć koncerty zaczynały się wcześnie, w pełnym słońcu (o czym boleśnie przekonali się The Dumplings otwierając o 13) to jako wstępne atrakcje sprawdzały się bardzo dobrze. Wyróżnienie trafia do Belgów z Lohaus. Elektroniczne, lekko trip-hopowe rytmy kazały krzyczeć o więcej.

Nigdy także nie myślałam, że cokolwiek zaśpiewanego po niemiecku wzbudzi mój entuzjazm. Jednak panowie z Kraftklub dali tak radosny koncert, że gęba sama mi się śmiała a nogi skakały. Bezpretensjonalne gitarowe granie w czystej postaci. Nie bez znaczenia był także wjazd zespołu w środek publiczności na specjalnie platformie. Tego jeszcze (na gitarach) nie grali.

Zawód
Jamie Woon wciąż zakochany w jazzującym brzdąkaniu, czyli od czasu Open’erowego koncertu niewiele się zmieniło. Nasze gusta zupełnie się rozmijają, więc nową płytę będę raczej omijać z daleka. Szkoda, bo w bardziej dynamicznym i elektronicznym wydaniu rodem z pierwszego krążka bardzo Jamiego cenię.

Spełnione oczekiwania
Pod sceną mała Francja, na scenie C2C. Choć nie zagrali ulubionego „Genius”, to i tak kolektywowi DJ-skiemu wszystko wybaczę, bo tak spójnego, przemyślanego i dynamicznego wystąpienia dawno nie widziałam. Zabawa na scenie i pod sceną była przednia, a panowie udowodnili, że w swym fachu są naprawdę świetni. Tylko gdzie ten nowy materiał!

Niespodzianka
Nie pomyślałabym, że zespół z czteropłytową historią może mi się aż tak spodobać. Mimo wczesnej pory, słońca i tumanów kurzu panowie z The Maccabees zagrali składny angażujący koncert. Usłyszałam „Pelicana” na żywo i więcej mi do szczęścia nie trzeba.

Szukacie grupy, która rozkręci najlepszą imprezę? Nikt nie zabawi Was tak dobrze jak Babylon Circus. Trochę ska, trochę francuskiej piosenki, trochę klimatów rodem z szalonego wesela i poty lały się z tańczących strumieniami (a pan wokalista przetrwał w koszuli, kamizelce i marynarce).

Oczywiście momentów, które zapamiętam było dużo więcej. Chociażby wykonania „Rock & Roll Queen” The Subways i „Spanish Sahara” Foals, najbardziej radosny zespół na world stage, czyli Che Sudaka, czy wspaniały teatr Fuerza Bruta, w którym aktorzy szybowali nad widownią. Sziget ma to do siebie, że kiedy wydaje Ci się, że nic już Cię zdziwi, widzisz na jednej ze scen fakira z ciężkim garnkiem na głowie depczącego ostre szable. Albo gdy zbierasz się myć zęby i ze szczoteczką i ręcznikiem w ręku zastaje Cię na scenie klasycznej młode holenderskie wcielenie Reginy Spektor (Anna Rune, pozdrawiam). To miejsce, w którym w momencie gdy ustaje scena główna można pląsać do afrykańskich brzmień senegalskiego DJ-a, potańczyć przy zawsze wypełnionej blues & irish stage, oddać się w ręce sprawdzonych niemieckich speców od elektronicznych brzmień w Colosseum (Michael Mayer, uszanowanko) czy odpocząć przy dźwiękach opery.

Ilość opcji do wyboru przyprawić może o zawrót głowy i organizatorom należy się ogromny szacunek za utrzymanie tego motłochu (ponad 400 tysięc poszczególnych uczestników w ciągu tygodnia) w ryzach. Choć nie wiem, czy będę miała okazję jeszcze na wyspę wrócić, to w każdym przypadku zrobię to z czystą przyjemnością.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...