music is ... muzyka z najlepszej strony.

Here

God’s Favorite Drug Here

data wydania: 2015-03-31
wydawnictwo: RegioRecords

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

„Here” może się wydawać przedsięwzięciem nieco ryzykownym. Nie tylko z racji faktu, że takich płyt obecnie się już praktycznie nie gra, ale i dlatego, że próba zaakcentowania siebie, wdrożenia tu swoich własnych pomysłów jest zadaniem karkołomnym. Grunge nie jest bowiem materią, którą można rozpatrywać na wiele rewolucyjnych sposobów. Co prawda God’s Favorite Drug w paru momentach znajdują na siebie sposób, jednak wciąż zbyt często gubią się w tym, co chcą przekazać.

Sporo tu miejsca na sentymenty, ale w końcu nie mogło być inaczej. Rozpoczynający album „Stone Ritual” uderza z pełną mocą w dźwięki Pearl Jam, „Burning Alive” to już Alice In Chains, gdzieś w tych utworach czuć nawet dynamikę Soundgarden czy może raczej Audioslave. Ale oprócz samych grup, które stają w pierwszym gatunkowym szeregu lat 80. i 90., nie brak tu odniesień do innych rockowych zjawisk – blues-rockowej energii czy nawet pewnych folk-rockowych akcentów. Kalejdoskopowe łączenie tych wszystkich elementów powoduje, że co baczniejsi znawcy gatunku mogliby zasypać zespół dziesiątkami nazwisk i domysłów, z których panowie czerpali swoje inspiracje.

Najważniejszym jest jednak nie dobre odwzorowanie, ale odnalezienie się w muzyce i nadanie jej własnego charakteru. Ten zdecydowanie jest tu wdrażany poprzez użycie wiolonczeli. O ile jednak „Lethe” nie przekonuje w tej kwestii, to „Fireflies” okazuje się jednym z lepszych balladowych fragmentów, jakie się tu zdarzają. Inną sprawą, że nawet southernrockowe, instrumentalne minutowe przerywniki w postaci chociażby tryptyku „On The Road” ładnie utrzymują w ryzach wszystkie czternaście kompozycji, nie stanowiąc jedynie zbędnego wypełniacza.

Problem pojawia się jednak z typowymi utworami na płycie. Bardziej dynamiczne tytuły przeplatają się z tworami balladowymi, nie do końca wyłaniając zwycięską stylistykę. Z jednej strony powolne, melancholijne kompozycje miło dopełniają bardziej gitarowe elementy, z drugiej ich minimalizm i statyczność zawodzą, i jak w przypadku utworu „Nothin’” z repertuaru Townes Van Zandt, doprowadzają do lekkiego znużenia formą. Dziwnym zabiegiem jest także zakończenie płyty utworem „The End Is Where We Start From”, który kłóci się w idealnym zwieńczeniem wcześniejszego na liście, mocnego „Where Is Your Place?”.

Wiarę w grupę przywraca z kolei połączenie wody i ognia, jak ma to miejsce w świetnym numerze „Wait”, gdzie góruje zarówno melodia, jak i wokalne umiejętności Olka Kopki. I to właśnie tu upatrywać można powodzenia tego albumu, jak i siły samej grupy. Stylistycznie spójny z wizją grunge’owej stylistyki wokal nie ma w sobie polskich naleciałości, a Kopka swobodnie nim operuje, czarując ciepłem, ale i chropowatością oraz mocą, jeśli zachodzi taka potrzeba. Cała reszta to sprawka melodii, która w wielu momentach mistrzowsko przykuwa uwagę – nawet mimo zatracania pewnego impetu naznaczonego przez początek albumu.

To zaskakujące jak bardzo ta materia pochłania klimatem, nawet dla kogoś kto z samym grungem styczności ma niewiele, jednak z tyłu głowy kołacze mu się parę poszczególnych motywów i nazw bardziej znanych przedstawicieli gatunku. Jeśli więc komuś brakowało w Polsce miasta takiego jak Seattle, to God’s Favorite Drug przywołują te ciepłe, deszczowe wizje tamtego miasta – niezależnie gdzie akurat się znajdujecie. Za takie bezpośrednie, niezanieczyszczone muzyczną współczesnością podejście, oraz umiejętności należą się zespołowi brawa i podwyższenie ostatecznej noty. Reszta, czyli sam odbiór, pozostaje już chyba kwestią gustu.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...