Drugi dzień Soundrive Fest pełen muzycznych odkryć, ale bez faworytów – dobrych koncertów było po prost zbyt dużo, aby można było wskazać ten najlepszy. Choć artyści prezentujący się na scenach B90 poruszali się w zbliżonych stylistykach, to jednak każda z kapel miała pierwiastek wyróżniający je z pośród pozostałych.

Thomston

Słuchając tego koncertu trudno było mi uwierzyć, że ten młodzieniec ma tylko 18 lat. Mający na swoim koncie tylko EP-ki Thomas Stoneman choć wczoraj zagrał swój 9 koncert w życiu, na scenie radzi sobie lepiej niż nie jedna kapela z wieloletnim doświadczeniem. Tworzyć na poważne zaczął po wygraniu szkolnego konkursu i od tego czasu balansuje miedzy popowymi balladami spod znaku Michaela Jacksona, R’N’B i ambientowej elektroniki kreowanej za pomocą syntezatorów. A jeśli dołożymy do tego plastyczny wokal i totalny feeling Thomasa, dostajemy mieszankę wciągająca od pierwszego do ostatniego dźwięku.
/Daria Owczarek/

Thomston to drugi z powodów, dla którego tegoroczny Soundrive stał się absolutnym must-be dla mnie. Od pierwszej EP-ki wydanej na Soundcloudzie dla rodziny minęło już sporo czasu. Przez ten czas młody chłopak z Antypodów zmienił się, co zdecydowanie słychać w jego materiale. Pierwsze kawałki, raczej spokojne i nieco nieśmiałe w brzmieniu, zyskały mocnych następców. Byłem niezwykle ciekaw, jak ten materiał wybrzmi na żywo. Był genialny. Thomston magią syntezatorów i ciepłem swojego wokalu zaprasza do intymnego, rozbujanego świata, w którym rządzą tylko emocje. Całość brzmi momentami jak boysband z lat dziewięćdziesiątych, jednak w tym wypadku nie jest to w żaden sposób negatywne skojarzenie. Świetny, czysty wokal i bardzo prawdziwe teksty. Thomston zaczarował.
/Marcin Błajet/

Coals

Po ich koncercie na tegorocznym OFFie byłam spokojna zarówno o frekwencję publiczności, jak i sam występ. Bez wątpienia był to najcichszy koncert drugiego dnia, a patrząc na to, co przed nami, może być także najcichszym występem całego festiwalu. Ich muzyka dogłębnie przeszywająca i maksymalnie skupiająca uwagę w warunkach klubowych, zwłaszcza z dobrym nagłośnieniem brzmi zdecydowanie lepiej niż w festiwalowym namiocie. Obserwując ich poczynania odnieść można wrażenie, że z każdym kolejnym występem są trochę bardziej pewni siebie, mniej spięci, ale wciąż totalnie prawdziwi.
/Daria Owczarek/

Coals to duet pełen pięknych sprzeczności. Z jednej strony cudownie liryczni, niewiarygodnie spokojni. Idealni wręcz do odpoczynku i wyciszenia. Z drugiej zaś jest to muzyka dość ciężka, angażująca, wywołująca niepokój. Taka mieszanka sprawia, że nikt z słuchających koncertu nie pozostanie obojętny. Zahipnotyzowani, zapatrzeni w scenę widzowie słuchając magicznego misterium Coals z pewnością borykają się z tysiącem myśli na minutę, które przebiegają przez ich głowy. Ten refleksyjny nastrój potęgowało jeszcze surowe wnętrze klubu.
/Marcin Błajet/

All We Are

Soundrive zawsze prezentował na swoich scenach tria w dużej ilości, ale to z całą pewnością można zaliczyć do tych najciekawszych. Kobiety na basie zawsze przyciągają uwagę i zdobywają sympatię publiczności. W przypadku All We Are wszystko to, co pisało się o nich w programie potwierdziło się podczas godzinnego występu. „Kojące melodie, miękka psychodelia i wspaniałe dyskotekowe rytmy” to dokładnie to, co dostajemy na ich koncertach. Trójka wokalistów w jednym zespole, wydawać by się mogło, że nie jest dobrym pomysłem, ale w ich przypadku to zdecydowanie dodatkowy atut.
/Daria Owczarek/

Do koncertu All We Are podchodziłem bez żadnych oczekiwań, nie znałem zbyt dobrze ich dotychczasowych dokonań. Soundrive, to w końcu przede wszystkim odkrywani nowego, świeżego. Odkrycie All We Are to jeden z jaśniejszych punktów drugiego dnia imprezy. Muzyka tria to niczym nieskrępowana radość tworzenia, grania i tańca. Nie było chyba ani jednej osoby, która nie poddałaby się tej energii i stała w miejscu.
/Marcin Błajet/

Hundred Waters

W przypadku tego zespołu wystarczy spojrzeć u boku kogo mieli już okazję występować. I jeśli zobaczymy wśród tych nazw The xx, Alt-J, Grimes czy Julie Holter skojarzenia nasuwają się same. Hundred Waters do tej całej mieszanki dokłada swoją introwertyczną wrażliwość i czysty, wysoki i delikatny jednocześnie wokal Nicole Miglis, dzięki któremu tworzą absolutną magię. Umiejętne operowanie ciszą i syntezatorowym hałasem sprawiło, że tego występu słuchało się z największą przyjemnością.
/Daria Owczarek/

Staje się to przyjemnie nudne, kiedy kolejny koncert mogę określić, jako magiczny. Hundred Waters z pewnością jednak zasługują na to miano. Napięcie i emocje podczas ich występu było stopniowane w stylu Hitchcocka. Zaczęli od bomby w postaci „Cavity”, a potem było już tylko mocniej. W zagraniu naprawdę genialnego koncertu nie przeszkodziły im nawet zgubione przez linie lotnicze dwie walizki ze sprzętem. Gdyby nie krótka anegdota na ten temat, nie usłyszelibyśmy tego. Ogromną zasługą w tworzeniu genialnej atmosfery koncertu miała wokalistka. Oprócz pięknego głosu hipnotyzowała cała sobą. Miała w sobie coś plemiennego, coś wyjątkowego co sprawiało, że nie sposób było oderwać od niej wzrok. Duże zaskoczenie pod koniec koncertu to połączenie gry na flecie z mocnym elektronicznym bitem w tle. „Electro Pocahontas”, tak została ochrzczona Nicole Miglis.
/Marcin Błajet/

Baasch

O tym, że Baasch przygotowuje znakomite sety wiadomo nie od dziś. W końcu nie bez powodu zdobył takie uznanie już po wydaniu pierwszej EP-ki. Mix utworów z „Corridors” i poprzednich EP-ek sprawdza się na małych scenach. Po We Draw A, był to drugi koncert idealnie umiejscowiony w czasie i przestrzeni.
/Daria Owczarek/

Temples

Kolejny zespół, który ze sceny przypomniał nam, do czego służy gitara. Genialne riffy i pasaże wywoływały dreszcz emocji i szał szczęścia. To drugi raz tego dnia, kiedy publika ruszyła do zabawy szalona i nieokiełznana. Czterech, dość statecznych gości na scenie, zaserwowało nam potężną dawkę rockowych dźwięków. Koncert w zasadzie zagrany bezbłędnie. Brzmienie Temples w wersji live pozwala sądzić, że jest to zespół, który w przyszłości będzie zajmował najważniejsze sloty na największych festiwalach, będzie zapełniał stadiony rozwrzeszczanymi fanami. Soundrive, przy swojej polityce nie ustanawiania headlinerów, może być dumny, że to właśnie w Gdańsku Temples pokazali się jako headliner z krwi i kości.
/Marcin Błajet/

Nie ma więcej wpisów