Ile ładnych, sennych melodii można wymyślić bez bycia powtarzalnym lub ocierania się o kicz? W przypadku Beach House odpowiedź najwyraźniej brzmi: nieskończoność. Z całą pewnością nikt nie oczekiwał od nich drastycznych zmian stylistyki, a mimo to rzesza wiernych fanów czekała na nowy album z wypiekami na twarzy. Podobnie jak w przypadku Belle and Sebastian czy Yo La Tengo, duet z Baltimore nie czuje potrzeby wprowadzania rewolucyjnych zmian. Ewidentnie dobrze czują się w lekkim i bajkowym dream popie, który uparcie eksplorują od samego początku, i tak już zapewne zostanie.

„Depression Cherry” to ich piąte dzieło, a powstawało ono tam gdzie inne piosenki Beach House – w opuszczonym magazynie, który w ukochanym mieście uczynili swoją salą prób. Już ton otwierającego album syntezatora i ten delikatny, nieśmiały, syntetyczny beat, który pojawia się kilka sekund później nie pozostawiają wątpliwości co do tego kto za tym stoi. Do tego dochodzi jeszcze unikalny, głęboki wokal, który czyni z Victorii Legrand współczesną Nico, chociaż akurat w takich kawałkach jak „Levitation” czy „Sparks” pokazuje ona również te wyższe rejestry. Pogłosy nałożone na jej wokal dodatkowo wzmagają atmosferę niesamowitości i nieodparte wrażenie jakby ten wokal dochodził z innego świata.

Muzyka Beach House idealnie nadawałaby się na soundtrack do filmu, najlepiej science fiction, i aż dziw, że nikt o tym jeszcze nie pomyślał. Po tym jak wokalistka użyczyła swojego wokalu na zrobionej przez Air ścieżki dźwiękowej „Podróży na Księżyc” nietrudno sobie wyobrazić kosmiczne krajobrazy, którym akompaniować będzie na przykład przestrzenne brzmienie „Sparks” lub rozmarzone „Space Song”. Kolejnym elementem składającym się na swoistą magię tego krążka jest gitara Alexa Scally, którą operuje on dosyć oszczędnie. W takich kawałkach jak „Beyond Love”, gdzie te pojedyncze akordy powodują ciarki na całym ciele, czy w „10:37”, gdzie gitara dodaje kolorytu piosence dopiero pod sam koniec, jest to obliczone na zrobienie efektu. Tych dźwięków nie sposób przegapić, one są tam po to, aby się nimi świadomie rozkoszować. „Sparks” wybrany na to aby promować płytę przed jej premierą, to osobna historia – tam gitara nadaje piosence lekko shoegaze’owego zabarwienia, a jednocześnie swoją ostrością kontrastuje z miękkim wokalem i gładkimi syntezatorami.

Na „Depression Cherry” Beach House zbliżyli się bardzo do brzmienia słynnego, szkockiego tria, które na przełomie lat 80. i 90. zachwycało świat nagrywając podobnie subtelne i eteryczne piosenki. Mowa tu o Cocteau Twins, których wpływy możemy usłyszeć przede wszystkim w gitarowych harmoniach „Widlflower” i „Bluebird”, mimo że wokale Liz Fraser i Victorii Legrand okupują przeciwległe krańce skali. A jednak moim osobistym faworytem z tego krążka jest „Space Song”, bo ze wszystkich poruszających i powodujących ciarki kawałków ten jest najbardziej dramatyczny, najbardziej enigmatyczny i – choć tekstom Legrand daleko do bycia dosłownymi – najbardziej romantyczny. Można się zakochać w tym nostalgicznym zawodzeniu gitary, mieniących się różnymi barwami syntezatorach i jednostajnym bicie ukrytym w tle.

Największą innowacją na albumie jest jego końcówka, a przynajmniej pierwsza część „Days of Candy”. Zanim około trzeciej minuty utwór zmieni się w typowy kawałek Beach House, dostajemy tu intro wyśpiewane przez ośmioosobowy chór i przygaszony, wręcz smutny głos Legrand, która znów eksploruje wyższe rejestry brzmiąc jak zupełnie inna osoba. Troszkę szkoda, że tego wkraczania na nowe terytoria nie ma tu więcej, nawet jeśli ich konserwatyzm wciąż jest piękny i dla wielu, w tym dla mnie, mogliby grać już tak zawsze.

Nie ma więcej wpisów