music is ... muzyka z najlepszej strony.

Soundrive Fest – dzień III

Vaults / fot. Jarek Sopiński

Vaults / fot. Jarek Sopiński

Czwarta edycja Soundrive Fest dobiegła końca. Ostatni dzień wydarzenia choć bardziej różnorodny stylistycznie, nie przyniósł większych zaskoczeń i odkryć. Mimo to występujący w sobotę artyści utrzymali poziom dwóch poprzednich dni i zapewnili słuchaczom całą gamę muzycznych doznań.

Gengahr
Jeżeli w swojej setliście ma się takie utwory, jak „Bathed In Lights” czy „Powder”, to festiwalową publiczność kupuje się od razu, zwłaszcza jeśli otwiera się jedną ze scen. Porównań do innych kapel jest w ich przypadku tak wiele, że nie sposób wszystkie zapamiętać. Wśród tych najważniejszych można znaleźć Modest Mouse, Unknown Mortal Orchestra czy Tame Impala. I faktycznie echa tych zespołów pobrzmiewają w muzyce Gengahr. Mamy delikatnie przesterowane partie gitarowe, rytmiczny bas i melodyjny, popowy wokal. Całość utrzymana w trochę leniwym klimacie. Ich koncert okazał się dobrym wstępem do reszty programu.
/Daria Owczarek/

Panowie z Gengahr byli bardzo dobrym pomysłem na otwarcie głównej sceny tego dnia. Przyjemne, niezobowiązujące melodie porywające do tańca i wywołujące uśmiechy na twarzach. Ich koncert chociaż bardzo poprawny, dla mnie był ubogi w energię. Przez to mniej więcej w połowie stał się nudny. Może to tylko konieczność „wyrobienia się” na scenie, czego chłopakom życzę, bo ich brzmienie ma naprawdę duży potencjał.
/Marcin Błajet/

Manoid
Bardzo żałuję, że akurat w trakcie jego koncertu pogoda postanowiła zatrzymać publiczność wewnątrz klubu i tylko nieliczni mimo wszystko postanowili w deszczu posłuchać jego setu. Od kilku miesięcy robi spore zamieszanie na rodzimej scenie elektronicznej swoimi EP-kami. Na żywo udowadnia, że ma w głowie niekończące się pomysły na robienie muzyki. Transowa, pulsująca, momentami nawet psychodeliczna kombinacja dźwięków w całości komponuje się ze sobą w taki sposób, że nie chce przestać się tego słuchać.
/Daria Owczarek/

Czysty obłęd i magia. To co Manoid robi z muzyką jest trudne do opisania słowami. Jest to prawdziwe estetyczne i brzmieniowe przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Czekam na klubową powtórkę, bo i mnie ulewny deszcz i buty tuż po spotkaniu z głęboką kałużą zagoniły pod dach B90.
/Marcin Błajet/

The Wytches
Bez wątpienia okazali się najbardziej hałaśliwym zespołem tegorocznej edycji i jedyną kapela, u której nie zabrakło psychodelicznych riffów. W ich brzmieniu można doszukiwać się wpływów The Velvet Underground czy The Seeds i z powodzeniem można je znaleźć podczas występów na żywo. Znalazło się miejsce na ściany brudnych gitar, przesterowanego wokalu i noisowy chaos. Wśród dość elektornicznego line-up’u okazali się być miłą odmianą przy której choć na chwilę można było poszaleć pod sceną, co publiczność bez skrępowania wykorzystała.

MIN t
Kolejny przykład fantastycznej rodzimej elektroniki na światowym poziomie. Aż trudno uwierzyć, że tak dojrzałe, wielowarstwowe brzmienie wychodzi spod rąk tak młodej osoby. Tym większy podziw budzi fakt, że Martyna swoją muzykę podczas koncertów tworzy na żywo, uzupełniając ją świetnym wokalem. Myślę, że młoda Wrocławianka jeszcze sporo namiesza na polskiej scenie i neicierpliwie czekam na długogrający debiut.
/Marcin Błajet/

Vaults
Niewiele brakowało, a okazaliby się sprawcami drugiego najbardziej wyrazistego koncertu tego dnia. Ich muzyka to przede wszystkich idealnie skrojone piosenki, które dzięki charakterystycznej barwie głosu Blythe zyskują jeszcze więcej klimatu. Dream popowe kompozycje zabrzmiałyby jeszcze lepiej, gdyby muzycy Vaults zamiast trzymać się sztywnych ram konstrukcyjnych trochę poeksperymentowali i dodali do nich nieco więcej improwizowanych dźwięków. Niestety utwory zostały tylko odegrane, co na dłuższą metę uczyniło ten występ stosunkowo przewidywalnym, a momentami nawet monotonnym, głównie z powodu bardzo podobnego tempa we wszystkich utworach.
/Daria Owczarek/

Bajecznie. To chyba jedno z lepszych i trafniejszych określeń, jakimi można określić koncert Vaults. Największa w tym zasługa wokalistki o niesamowitym głosie. Dzięki niemu podkład, zagrany bardzo dobrze, był jedynie tłem. Godzina spędzona z Vaults to godzina pełna wzruszeń, ciar i hipnotycznego transu.
/Marcin Błajet/

Pola Rise
Choć na swoim koncie ma dopiero jedną EP-kę, wszystko wskazuje na to, że wkrótce będzie o niej głośno. Artystka ujmuje kobiecością i stawia na subtelne bardzo dopracowane utwory, w których liczy się każdy szczegół, unikając jednocześnie bezkształtnych, przytłaczających bitów. Wśród jej inspiracji wymienia się Iamamiwhoami, Oh Land czy Bjӧrk. Jednak co najważniejsze przekłada je na własny język zamiast wiernie kopiować. Z całą pewnością duża w tym zasługa świetnego zespołu, który towarzyszy jej na scenie, czyli Manoida i Maćka Tobery.
/Daria Owczarek/

Peace
Ich występ można określić w zasadzie jednym słowem – poprawny. W całym secie pojawiło się kilka bardziej elektryzujących punktów, jednak jak na występ kończący festiwal zabrakło w nim trochę energii. Najwierniejsi fani, szalejący pod sceną z pewnością byli ukontentowani, jednak na tych, którzy z Peace mieli styczność po raz pierwszy większego wrażenia raczej nie zrobili, w efekcie czego do samego końca ich występu publiczność mocno się skurczyła. Być może fakt, że była to trzecia na tym festiwalu kapela z Wysp Brytyjskich, mimowolnie jednak poruszająca się w podobnej stylistyce, pozbawił ten koncert elementu zaskoczenia. Choć trzeba przyznać, że setlista z finałowym „World Pleasure” brzmiała całkiem nieźle.
/Daria Owczarek/

Soundrive kolejny raz przyciąga swoim eklektyzmem, unikalną stoczniową atmosferą i nienaganną organizacją. Z każdą kolejną edycją coraz wyraźniej zaznacza swoją pozycję na festiwalowej mapie Polski. Konsekwencja w działaniu i nieszablonowe podejście do tworzenia programu buduje mocną markę wydarzenia. Mimo znacznie większej frekwencji niż w ubiegłym roku, gdańska impreza wciąż zachowuje kameralny charakter. Z największą przyjemnością wpisuję ten festiwal na listę „must see”.
/Daria Owczarek/

Ilość słów zachwytu, jakie wypisywałem przy każdych kolejnych ogłoszeniach tegorocznej edycji Soundrive Festu można liczyć w kilometrach. Po trzech fantastycznych dniach w gdańskiej stoczni, okazało się, ze nie były to słowa na wyrost. Bezbłędnie zorganizowany, obłędnie obsadzony, wypełniony świetnymi ludźmi i niepowtarzalną atmosferą Soundrive jest na dobrej drodze do stania się jedną z najważniejszych imprez tej formuły w kraju. Jego dodatkowym, niewątpliwym atutem jest poczucie misji, którą organizatorzy stawiają wciąż na pierwszym miejscu, nawet przed korzyściami finansowymi. Takich ludzi i taki festiwali nam potrzeba. Ja z pewnością wrócę za rok.
/Marcin Błajet.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...