music is ... muzyka z najlepszej strony.

Beauty Behind The Madness

The Weeknd Beauty Behind The Madness

data wydania: 2015-08-28
wytwórnia: Republic

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 16 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Jeden z wybrzmiewających wszędzie tegorocznych hitów, czyli nieprzyzwoicie funkujące „Can’t Feel My Face”, solidnie napędziło oczekiwania na ten album, które nie do końca w takim stopniu zapewniały wcześniej opublikowane nagrania. Jednocześnie po wpadce, jaką okazał się „Kiss Land”, należało zachować pewną ostrożność. Obawy mogły także przynieść zapowiedzi muzycznych gości, nie do końca korzystne próby brylowania w tak zwanym mainstreamie, dalsze epatowanie pretensjonalnością.

I rzeczywiście, znowu nie obeszło się bez zgrzytów, które sporo ujmują tej płycie. Są tu bezbarwne utwory, takie jak choćby „Acquainted”, są oderwane od całości fragmenty (przesadnie barokowe „Earned It”, które z racji swojej obecności na ścieżce dźwiekowej „50 Shades of Grey” nadaje się bardziej jako bonus), mamy też pewne problemy z występami gościnnymi. O ile bowiem wkład Labrinth tchnął pozytywną energię w sam utwór, to – tak jak w przypadku dawnego featuringu Drake’a – utwory z Laną del Rey i Edem Sheeranem niekoniecznie zachwycają.

Napisane wyraźnie pod nich kompozycje co prawda na chwilę wyrywają ze stylistycznej monotonności Kanadyjczyka, ale jednocześnie nie bardzo odnajdują się w całej strukturze albumu. Być może ze względów promocyjnych był to zabieg potrzebny, jednak pochylający się tu ku brzmieniu Bublé (bo poniekąd tak brzmi „Dark Times”) Sheeran i powracająca do rozwleczonych nagrań rodem z „Born To Die” del Rey spokojnie mogliby się na tym krążku nie znaleźć. W tym drugim przypadku lepsze zastosowanie dla żeńskiego wokalu znaleziono dla niewymienionej na płycie Maty Noyes, której głos przez chwilę wybrzmiewa w „Angel”.

Eksperymenty, które The Weeknd ciągle uskutecznia, przynoszą jednak także wyjątkowo dobre rezultaty. Obok wspomnianego już genialnego singla, który pobrzmiewa gdzieś jego ukochanym Jacksonem, w „In The Night” mamy do czynienia z całkiem udanym disco spod znaku króla popu. Jeszcze lepiej brzmi „Losers” z licznymi zmianami tempa i klimatyczną sekcją dętą. W paru miejscach usłyszymy także przewodnie motywy klawiszowe, wyraźne dźwięki skrzypiec („Real Life”) czy gitarowe wtręty („Tell Your Friends”), które z czasem tracą na mocy i zbliżają się do ugładzonego popowego brzmienia („Shameless”).

Ta instrumentalna różnorodoność, choć wyraźnie słyszalna, nie okazuje się wcale przytłaczajaca, ani wyjątkowo rewolucyjna. Akcenty są tu rozłożone dość rozsądnie, co dla wielu w paru przypadkach oznaczać będzie jedno: bezpiecznie. The Weeknd przyzwyczaił nas bowiem do swojego mocno balladowego vibe’u, który teraz już spokojnie można okreslić mianem popowego. Tą lekkość i pewną przestrzeń czuć także i tutaj. Nie ma tu jednak odcinania się od swoich fascynacji R’n'B i atmosfery bliższej pierwotnej trylogii, co pokazuje „The Hills” czy znany już od ponad roku kawałek „Often”.

Oczywiście razem z takimi rozwiązaniami wraca temat pozy, którą Tesfaye przyjął na początku swojej drogi. Pozy, która prezentowana z taką pieczołowitością oraz intensywnością przesiąkała pierwsze mixtape’y, nieudolnie próbując znaleźć ujście na przewidywalnym „Kiss Land”. Dzięki stylistyczno-lirycznemu rozluźnieniu nowa dawka seksualno-narkotykowych historii – które choć dalej w paru miejscach stają się przesadzonymi, balansującymi na granicy dobrego smaku i dobrego storytellingu przechwałkami – utrzymuje dobry balans, nie pozwalając Abelowi stoczyć się na dno i przybrać postać parodii samego siebie.

I tak, pewnie, że The Weeknd dalej operuje stworzonym przez siebie wiązankowym stylem pussy-nigga-crack (żeby tylko przytoczyć tu perełki, takie jak: And some dope dimes on some coke lines / Give me head all night, cum four times czy Baby I can make that pussy rain, often / Often, often, girl I do this often / Make that pussy poppin’, do it how I want it), ale na tle całego albumu te ledwo wychwytywalne nawyki łagodzone są historiami prostszymi czy podanymi bardziej metaforycznie (kolejno „Losers” i „Can’t Feel My Face”).

W całościowym ujęciu „Beauty Behind The Madness” to album dobrze skrojony – wyraźnie ekscytujący, jak i miejscami zawodzący, choć wciąż nie na tyle boleśnie, aby nie cieszyć się jego najlepszymi fragmentami. I wzrostem formy po coraz mniej interesujących punktach w dyskografii muzyka. To jednak chyba wciąż nie jest materiał, który definitywnie miałby przekonać tych za postacią The Weeknd nie przepadających. Nie wiadomo czy taki moment w ogóle kiedyś nadejdzie, być może nie. Ale dla ludzi, którzy cztery lata temu wpadli w sidła „House of Balloons”, najnowszy krążek powinien dostarczyć kilku ekstatycznych momentów, których od tego czasu po Tesfaye oczekiwali.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...