music is ... muzyka z najlepszej strony.

Liveurope Showcase – relacja

Brodka / Liveurope Showcase / fot. Karo Lewandowska

Brodka / Liveurope Showcase / fot. Karo Lewandowska

Dwa wieczory w warszawskim klubie Stodoła należały do pierwszej odsłony nowego wydarzenia na stołecznej mapie muzycznych imprez. W czwartek i piątek mieliśmy szczęście być częścią Liveurope Showcase’u, który być może wpisze się na stałe w muzyczną mapę Warszawy. Liveurope to międzynarodowy projekt, celem którego jest zaprezentowanie młodych europejskich zespołów na całym kontynencie i pomoc w dotarciu do szerszej publiczności. Na scenie, oprócz znanych polskich wykonawców, pojawili się również goście m.in. ze Słowacji, Czech, Austrii i Węgier.

CZWARTEK

Never Sol

Eteryczny wokal z lekką chrypką, uwodzący, hipnotyzujący – to właśnie Never Sol. Krucha dziewczyna, która za sprawą muzyki przenosi nas w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Podczas koncertu na Liveurope Showcase zdawało się, że kiedy weszła na scenę, a z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki, czas na chwilę stanął. Cudowny klimat jaki wytwarza Never Sol, czyli kryjąca się pod tym pseudonimem Czeszka Sára, wart jest każdych pieniędzy. Największe i najbardziej pozytywne zaskoczenie obu dni i nowa muzyczna miłość – warto znać.
/Karo Lewandowska/

Never Sol

Sorry Boys

Z odrobiną słusznego wstydu przyznaję się, że był to pierwszy raz, kiedy widziałem ich na żywo. Nagrania studyjne, które przyciągają elektryzującymi gitarami, fenomenalnym wokalem i gdzieniegdzie równie ciekawymi wstawkami sekcji dętych od dawna sprawiały, że była to pozycja do szybkiego nadrobienia. Mimo, iż sam koncert nie brzmiał tak dobrze jak pozostałe, nie było to jednak winą samych poczynań muzyków na scenie. Momentami trudno było porzucić wrażenie, że niektóre instrumenty nawzajem się zagłuszają. Całość zaliczyć mogę jednak na duży plus. Bardzo krótki występ dał ochotę na więcej, głównie za sprawą potężnego wokalu Beli Komoszyńskiej, która bez najmniejszego fałszu zaśpiewała od pierwszego do ostatniego utworu oraz wspomnianych gitar. Wszystko bardzo fajnie komponowało się z grą cieni na ścianach klubu i szczerze mówiąc częściej niż scenę wolałem obserwować sekwencje ruchów, gestów i świateł wędrujących po tylnych częściach sali, które dodawały nuty tajemniczości, a także pozwalały na głębsze wczucie się w dźwięki.
/Adam Bombrych/

Nie liczę ile koncertów Sorry Boys już za mną, ale wciąż mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. Ci muzycy zawsze wzbudzają ten sam zachwyt i zawsze ładują moje baterie ogromem pozytywnej energii. Urocze jest to, że za każdym razem widać, że Bella wraz z chłopakami świetnie bawią się na scenie ze sobą, a występ sprawia im niesamowitą radość – trudno więc w takim wypadku stać pod sceną i choćby nie bujać się lekko w rytm ich dźwięków. Dodatkowym plusem są nowe kawałki pojawiające się w setlistach, które wyostrzają apetyt na nowy krążek grupy.
/Karo Lewandowska/

Sorry Boys

The Feral Trees

Idea łączenie metalu i amerykańskiego folku z założenia wydaje się dosyć ciekawa. Wydaje się, że również efektowna skoro występowali na Open’erze i Sziget. Drugi koncert na którym byłem wciąż nie przekonał mnie jednak do ich twórczości. Będąc na występie na Open’erze w ogóle nie doświadczyłem go emocjonalnie i w zasadzie niewiele z tego pamiętam, jednak staram się zrzucić winę na zmęczenie i średnio sprzyjające warunki. Wczoraj było jednak lepiej. Być może nie tylko w kwestii mojego indywidualnego odbioru, ale i muzycznie, koncertowo zespół brzmi i wygląda ciekawiej, nabiera właściwego rozpędu.
/Adam Bombrych/

Oly.

Oly. należą się w moim odczuciu duże brawa. Zdecydowanie lepiej słuchało mi się jej w wydaniu na żywo, niż w wersji studyjnej. Młoda songwriterka przyciąga uwagę swoim spokojem, ogromnym wczuciem w to co gra i śpiewa. Mimo skandynawskich inspiracji i melancholijnych kompozycji, da się wyczuć płynące wraz z dźwiękami ciepło, a sama artystka zamykając oczy, by odpłynąć w głąb tworzonego świata zdaje się magicznie skracać dystans z publiką zarazem jakby wciągając w obrazy własnej wyobraźni i muzycznej wrażliwości.
/Adam Bombrych/

Oly

Dawid Podsiało

Status gwiazdy i czołowe miejsce na plakatach potwierdzone zostały największą frekwencją. Przed sceną tradycyjnie zgromadziła się grupka dosyć aktywnych fanów. Jedyne dwa koncerty Dawida na których byłem odbyły się już grubo dwa lata temu – na Open’erze i Coke Live, dlatego ciekawiło mnie jak obecnie prezentuje się na scenie. Może to kwestia showcasowego slotu, ale tamte występy zrobiły na mnie większe wrażenie. Wtedy, jeszcze niezbyt obyty na scenie Dawid, zdawał się bardziej porywać swoją muzyką. Wczoraj brakowało mi odrobiny polotu, ogólnie tego przysłowiowego „show”, o które chyba chodzi w takiej muzyce.
/Adam Bombrych/

Dawid Podsiadlo

Polkov

Po koncercie Dawida przestrzeń klubu wyraźnie opustoszała. Jedną z pierwszy ofiar okazał się austriacki zespół, który określa się mianem indie-popowo-rockowego kolektywu. Nietrudno jednak usłyszeć w ich twórczości również sporo folku. Moi faworyci z zagranicznej obsady pierwszego dnia Liveurope, dlatego szkoda, że na ich koncert przyszło jedynie kilkanaście osób. Moją uwagę zwrócił wokal w „Ho Un Gatto” przypominający manierę Isaaca Brocka. Mimo, iż sam utwór może przywodzić skromne skojarzenia z Modest Mouse, to jednak całościowo daleko im w brzmieniu do amerykańskiej formacji. Co najważniejsze nie myliłem się we wstępnej ocenie potencjału wiedeńskiej kapeli. Udało mi się usłyszeć jedynie trzy utwory, jednak były to te, na których najbardziej mi zależało. Polkov na żywo brzmią bardzo dobrze, melodyjnie i z dużą dozą pozytywnej energii, która objawiała się chociażby w nieskrępowanym i na pierwszy rzut oka serdecznym i kontaktowym podejściu do widzów.
/Adam Bombrych/

Ille

Najbardziej wyraziste zobrazowanie największego minusa imprezy. Fakt, iż Liveurope zaczęło się w czwartek, a koncert zamykający pierwszy dzień rozpoczął się o północy i należał do czeskiego zespołu sprawił, że pod dużą sceną zgromadziło się jedynie około 20 osób, co w przestrzeni dużej sali było widokiem bardzo bolesnym. Trudno tak naprawdę ocenić ten występ, kiedy to zarówno popowe Ille, jak i publiczność (usilnie robiąca hałas po każdym skończonym utworze) starały się ratować koncert. Zastanawiałem się, co musi czuć zagraniczny zespół, który tak jak inni przyjeżdża na koncert mający pomóc dotrzeć do szerszej publiki, a na który przychodzi dosłownie kilka osób.
/Adam Bombrych/

PIĄTEK

Patrick The Pan

To był jeden z występów, na które czekałam najbardziej, bo jeszcze nie dane było mi zobaczyć Piotrka na żywo, a zarówno poprzednia płyta jak i obecna lubią zapętlać się w moim odtwarzaczu. Taka muzyczna wrażliwość zdarza się raz na tysiące przypadków i koncert na Liveurope Showcase był tylko tego potwierdzeniem. Patrick The Pan swoją muzyką przyciąga i czaruje niczym najtrwalszym zaklęciem.
/Karo Lewandowska/

Patrick The Pan

Milky Wishlake

Jeden z pierwszych koncertów piątkowego wieczoru i od razu mocne uderzenie. Pierwszy kontakt na żywo z ubiegłorocznym głośnym debiutantem i od razu solidne potwierdzenie fenomenu EP-ki „Five Contemporary Songs”. Dużo zyskał tym, iż Open Stage to jedna z „najlepiej brzmiących” scen jakie w ostatnim czasie spotkałem. Doskonale jednak widoczne jest również to, iż Kamil świetnie czuje się w sprowokowanym przez siebie eklektyzmie – od bardzo tanecznego, zagranego na bis „Dancer”, które na dobre rozbujało publikę, po „Games” czy inne kawałki, w których znalazłem wiele podobieństw chociażby do klimatu twórczości i wokalu Sohna. Do tego wszystkiego warto dodać dobry kontakt z publicznością.
/Adam Bombrych/

Pierwsze moje spotkanie z Milky Wishlake koncertowo to był wielki niewypał – zatłoczony lokal w Warszawie, w którym większość zgromadzonych osób bardziej skupiała się na jedzeniu i rozmawianiu niż na muzyce, zero klimatu – jednym słowem koszmar. Na szczęście jest Stodoła i jest Open Stage. Jeden z lepszych występów całego Showcase’u i jeden z najbardziej obiecujących artystów. Złe wrażenie, które bardziej było powodem atmosfery jaka panowała na wspomnianym wcześniej koncercie zostało zastąpione pokaźną dawną cudownych brzmień znanych z EP-ki „Five Contemporary Songs”. Po tym koncercie wiem jedno – chcę więcej!
/Karo Lewandowska/

Milky Whishlake

Triana Park

Łotewska grupa dowodzona jest przez niezwykle charyzmatyczną wokalistkę i to ona skupiała na swojej osobie całą uwagę, nie tylko za sprawą skąpego stroju i wysportowanej sylwetki, ale także za sprawą świetnego głosu i ogromnej scenicznej ekspresji. Tak naprawdę łatwo można było przeoczyć pozostałych członków grupy, którzy raczej robili tło, a nawet jeżeli próbowali się przebić to z góry byli na straconej pozycji. Mimo iż muzycznie Triana Park to zupełnie nie moja bajka, to połączenie żywych instrumentów, a głównie gitar z rapem w damskim wydaniu robiło niemałe wrażenie. Zdecydowanie żywiołem tej grupy jest scena i to właśnie na scenie widać ich niesamowitą moc.
/Karo Lewandowska/

Triana Park

Krzysztof Zalewski

Bardzo dynamiczne otwarcie koncertu utworem „Jaśniej”, a potem wielki spokój. Chyba o wiele więcej oczekiwałem od tego koncertu. Jak dla mnie za mało emocji, za mało energii, dużo nudy. Sorry, ale Krzysiek Zalewski na żywo jednak do mnie nie trafia.
/Adam Bombrych/

Nie potrafię na koncerty Krzyśka spojrzeć obiektywnie – za każdym razem kiedy słucham go na żywo nie mogę wyjść z podziwu dla jego umiejętności zarówno w posługiwaniu się wokalem jak i instrumentami. Krzysiek od początków występów solo (jeszcze jako support zespołu Muchy, kiedy materiał na płytę „Zelig” jeszcze powstawał) przeszedł niesamowitą metamorfozę, ale moc w głosie pozostała taka sama. Zarzut mam tylko jeden – było zdecydowanie za krótko.
/Karo Lewandowska/

Kortez

Oszczędne instrumentarium, a ładunek emocjonalny przerastał budynek Stodoły, zagęścił atmosferę aż dało wyczuć się poruszające uniesienie. Do premiery debiutanckiego albumu pozostały dwa tygodnie, ale już nieśmiało mogę powiedzieć, że będzie to raczej coś konkretnego. Siedząc jedynie na krzesełku, delikatnie muskając struny gitary i używając swojego fenomenalnego, jakże perfekcyjnego głosu, jedynie Kortez potrafi bez reszty przykuć uwagę swoją ekspresją i wyraźnym zatraceniem w każdym dźwięku. Gdzieniegdzie pojawiały się klawisze, które dodawały uroku temu wyjątkowemu spektaklowi.
/Adam Bombrych/

Kortez

Brodka

Przed koncertem dało się wyczuć pewnego rodzaju napięcie. Może to wynik opóźnienia, bowiem Monika kazała na siebie czekać ok. 15 min, przez co set był sporo krótszy od planowanego. Najpierw spokojnie, a potem „Granda”, wśród publiczności euforia i koncert wkroczył na trochę inne tory. Doskonale prezentująca się na scenie Brodka, która tradycyjnie sprawiała wrażenie jakby urodziła się by występować, postawiła na energiczne kawałki. Pojawiły się nowe kompozycje, wśród nich zabójcze zamknięcie występu – „Pretty Name”.
/Adam Bombrych/

Brodka powraca na scenę w wielkim stylu. Bez bicia przyznaję, że materiał z „Grandy” już mi się mocno przejadł, jednak kiedy zabrzmiały pierwsze takty tytułowego hitu, ciężko było ustać spokojnie w miejscu. Pierwsze kawałki zapowiadające nowy materiał brzmią obiecująco, a sama Monika jest w doskonałej formie koncertowej. Ogrom energii na scenie przełożył się także na fenomenalne reakcje publiki pod nią. Mnie wciąż ciężko uwierzyć, że w tak drobnym ciele kryje się wokal o takiej mocy. Kiedy do tego ogromu jej talentu dodać świetny komplet muzyków na scenie sukces jest gwarantowany. To jest niemal pewne, że nowy album Brodki będzie niemałym wydarzeniem na polskiej i oby nie tylko polskiej scenie.
/Karo Lewandowska/

Brodka

Pola Rise

Zgodnie z tradycją, Pola Rise nie mogła liczyć na dużą frekwencję pod sceną. Koncert headlinera w postaci Brodki konsekwentnie przerzedził publiczności, jednak zespół zdawał się nie zwracać na to uwagi. Muzycy bez problemu odnaleźli się na dużej scenie zarażając swoją energią, wspólnym tańcem, ciągle utrzymując kontakt z publicznością. Elektronika z wokalem Poli przywoływała na myśl skojarzenie z Coco Rosie, czy The Knife, a całość pozostawiła raczej pozytywne wrażenia.
/Adam Bombrych/

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...