music is ... muzyka z najlepszej strony.

Bring Me The Horizon

Bring Me The Horizon That's The Spirit

data wydania: 2015-09-11
wytwórnia: Sony

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 9 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Każda płyta Bring Me The Horizon wywołuje kontrowersje. Zwłaszcza od kiedy brytyjska ekipa na stałe weszła do mainstreamu dzięki paru singlom z „There Is A Hell…” i „Sempiternal”. Wokół ich najnowszego albumu, „That’s The Spirit”, również nie obyło się bez szumu. Głównie ze względu na utwory promujące, którym definitywnie bliżej do lżejszego okresu twórczości Linkin Park, niż solidnego metalcore/deathcore’u, do którego przyzwyczajali nas wcześniej. Fani grupy podzielili się na dwa obozy, a jak nie trudno się domyśleć – na obóz wielbicieli starej, jak i nowej odsłony BMTH, oraz na obóz zdecydowanych przeciwników, którzy preferują tylko starsze wydawnictwa.

Kiedy w składzie Bring Me The Horizon pojawił się Jona Weinhofen, znany z australijskiej kapeli I Killed The Prom Queen, nastąpił zwrot w kierunku grania bardziej klimatycznego. Jona co prawda zagrał tylko na „There Is A Hell…” i nieco pomógł w komponowaniu „Sempiternal”, jednakże kierunek ten został podtrzymany. „Sempiternal” to pierwszy album, na którym Sykes bardzo dużo śpiewa (lub melodyjnie krzyczy), zamiast screamować i growlować. I to właśnie tak podzieliło fanów.

Przede wszystkim jednak „Sempiternal” charakteryzowało się genialnym aranżem, połączeniem tej „core’owości”, riffów i breakdownów, ale i elektroniki użytej w nienachalny sposób. Można powiedzieć, że „That’s The Spirit” jest niejako kontynuacją tej drogi, jednakże z brzmieniem wyjątkowo ugładzonym. Ale jest to także płyta idealna jako jesienno-zimowy soundtrack. Przede wszystkim ze względu na subtelnie użytą elektronikę w formie padów choćby w „Doomed” czy „Oh No”. W tym drugim mamy również świetne chórki, pojawiające się też w „Run”, czy w „Drown”.

To właśnie ten był pierwszym singlem z jeszcze niezapowiedzianego nowego albumu. Jest on zresztą, obok dwóch singlowych „Throne” i „True Friends”, najlepszym, najbardziej przebojowym utworem na płycie. Sięga jednak bardziej po klimaty znane z „Sempiternal”. „Throne” to już czysta inspiracja Linkin Park z wstawkami z nowoczesnego metalcore’u. Jednak nie ma się co dziwić – wielokrotnie w wywiadach Sykes podkreślał, że Linkini to jedna z jego ulubionych kapel.

Z albumu na album Bring Me The Horizon staje się również zespołem bardzo radiowym. Chwilę po premierze w brytyjskim BBC Radio 1 można było usłyszeć ich utwory, a w polskich rozgłośniach obecnie latają „Throne” i „Happy Song”. Nic nie ujmuje to jednak tej kapeli, bo nadal zachowują swą autentyczność – kto bowiem zna choć trochę postaci Sykesa i spółki, to wie, w jaki sposób zmieniali się na przestrzeni lat. Sam frontman wyszedł zresztą z uzależnienia i nawołuje do zdrowego trybu życia.

Na „That’s The Spirit” najbardziej zaskakują dwie rzeczy: pierwsza z nich to fakt, że utwory takie jak „Follow You” czy „Oh No”, które są idealnym połączeniem czegoś pomiędzy indie, a radiowym popem – ten drugi zresztą wywołuje skojarzenia, choćby pod względem klimatu, z The xx. Druga rzeczą jest to, że te właśnie utwory mogą się bardzo podobać zarówno fanom cięższego grania, jak i przyciągać do zespołu nowych fanów. Ale czy to znaczy, że Bring Me The Horizon stają się powoli zespołem uniwersalnym?

Im dłużej zasłuchiwałem się w ich najnowsze wydawnictwo, tym bardziej zachwycony byłem jedną, wybijającą się na tym albumie sprawą – równością. Tutaj nie ma złego utworu. Co prawda od reszty odstają trochę „Happy Song” (poraża wpływ jakiegoś post-grunge’u, do którego mimo wszystko i tak można się przyzwyczaić) i „What You Need”, trącające słabym post-hardcore z okresu 2006-2008, ale nie sposób mi jednak nie przyznać tej płycie innej oceny niż nadzwyczaj wysokiej. Bo to materiał, który jak żaden w ostatnim czasie tak za mną chodzi.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...