music is ... muzyka z najlepszej strony.

Anthems for Doomed Youth

The Libertines Anthems for Doomed Youth

data wydania: 2015-09-11
wytwórnia: Virgin EMI

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 0 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Konflikty interpersonalne, rozstania, powroty – to norma kiedy w jednym zespole spotykają się dwie silne osobowości. Ale trzeba być wybitnie utalentowanym w dziedzinie tworzenia problemów, żeby rozstać się po wydaniu zaledwie dwóch krążków. W przypadku The Libertines wina leży głównie po stronie Doherty’ego, którego kokainowy nałóg ostatecznie rozwalił grupę. Drugi, a zarazem ostatni przed długą przerwą krążek wypełniony był tekstami gloryfikującymi braterską miłość, ale słowa „Can’t Stand Me Now” czy „Music When the Lights Go Out” zwiastowały nieuchronnie nadchodzący koniec.

W latach poprzedzających wydanie „Anthems for Doomed Youth” The Libertines podjęli próby reaktywacji zespołu, jednak nie doprowadziły one do trwałej współpracy, ani do spłodzenia nowych piosenek. Triumfalny powrót możliwy był dopiero wtedy, gdy syn marnotrawny wreszcie odbył skuteczny odwyk i powrócił na łono rodziny. Sesje nagraniowe poprzedził niepokój o to, czy w ogóle uda się napisać coś nowego, szczególnie że kontrakt z wielką wytwórnią (Virgin EMI) był już podpisany. Muzycy pocieszali się myślą, że w razie czego posiadają jeszcze stare niewykorzystane dema, stąd też obecność na albumie „You’re My Waterloo” – kawałka, który na swoją kolej czekał sporo lat. Aż nie chce się wierzyć, że gdyby reaktywacja nie nastąpiła, ta piosenka pewnie skończyłaby zapomniana głęboko w czyjejś szufladzie.

Największą bolączką Doherty’ego było z kolei to, że gdyby się nie zeszli mogliby nigdy nie napisać kawałka tytułowego, jednej z ich pięknych historii o romantycznej młodości i utraconych marzeniach (we’re going nowhere ’cause nowhere’s on our way). W ich tekstach pojawiają się co prawda ślady zmęczenia i zniechęcenia, tak jak w singlowym „Gunga Din”, gdzie rozprawiają się z dręczącymi ich demonami, ale słychać też dziecięcą radość, kiedy muzycy wspominają przygody wczesnej młodości w „Fame and Fortune”.

Brzmienie The Libertines nie uległo wielkiej modyfikacji, wciąż bardzo wiele czerpią z tradycji brytyjskiej muzyki gitarowej. Ich muzyczna podróż zaczyna się od wraz z The Beatles i ich urzekającymi balladami („Iceman”), zahacza o punk rocka (w wersji ugrzecznionej „Glasgow Coma Scale Blues”) i porywa cząstkę The Smiths („Heart of the Matter”). Momentami Doherty i Barât wykazują się niezłymi zdolnościami kompozytorskimi – podczas kiedy pierwsza połowa albumu służy po to, aby złapać słuchacza na stosunkowo proste, lekkie i przebojowe kawałki (zaraźliwe „Fame and Fortune”), to w drugiej zdarzają się bardziej złożone, powoli budujące napięcie utwory. Wspomniane już „Iceman” zaczyna się od niepozornych dźwięków gitary akustycznej po to żeby w dalszej części urosnąć do rozmiarów pełnokrwistego hymnu.

The Libertines wciąż piszą o sobie i dla siebie. Charyzmatycznych duetów tworzących trzon zespołu było w historii wiele – Robert Plant i Jimmy Page, Morrissey i Johnny Marr, Brett Anderson i Bernard Butler – ale relacja Doherty-Barat jest jak żadna inna. Można by pomyśleć, że „You’re My Waterloo” jest pieśnią napisaną w hołdzie dla kochanka, (you’re the only lover I had who ever slept with a knife), podczas kiedy jest ona specyficznym i pokręconym wyznaniem przywiązania do partnera z zespołu. Kolejnym osobistym akcentem jest rozdzierająca ballada „Dead For Love” napisana tym razem dla zmarłego przyjaciela Doherty’ego, Alana Wassa (everything he ever did, he only ever did for love, now he lies dead…). Jest to także najbardziej filmowa z piosenek zespołu, gdzie dramatyczne pianino pięknie kontrastuje z gitarowym hałasem wypełniającym większą część albumu.

Miejmy nadzieję, że „Anthems for Doomed Youth” jest happy endem dramatycznej historii, telenoweli o rozstaniach i powrotach, która odbywała się na oczach fanów. The Libertines osobno nie mają takiego songwriterskiego potencjału, a ich solowe poczynania wyglądają dosyć pretensjonalnie na tle wspólnej twórczości.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...