music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sacrum Profanum: klasyka nowoczesnością podszyta

Sacrum Profanum / fot. Katarzyna Kowalik

Sacrum Profanum / fot. Katarzyna Kowalik

Sacrum Profanum jest rzeczywiście jasno świecącym punktem na ogólnopolskiej mapie festiwalowej nie tylko w sezonie jesiennym, i mogą potwierdzić to absolutnie wszyscy, którzy mieli przyjemność uczestniczyć chociaż w jednej z jego trzynastu dotychczasowych edycji. W czasie swojego istnienia wydarzenie zdążyło bowiem wyrobić w pełni zasłużoną renomę i cechy, dzięki którym w widoczny sposób wyróżnia się od innych. Do żadnego innego festiwalu nie pasują bardziej nadużywane dziś słowa: niezwykły, wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Sacrum Profanum naprawdę taki jest i dodatkowo całkowicie wpisuje się w specyfikę miasta, w którym się zagnieździł – przesiąkniętego na wskroś bohemą Krakowa. Do tej pory festiwal związany był z terenami Nowej Huty, gdzie w Teatrze Łaźnia Nowa odbywało się większość koncertów – w tym roku organizatorzy postawili na przestrzeń niedawno oddanego do użytku ICE Kraków. Nowoczesny, przypominający bryłę lodu budynek z nieziemską akustyką na sali koncertowej (i zjawiskowymi toaletami!) świetnie zdał egzamin.

Dodatkowo w program festiwalu wpisane zostały także popołudniowe spotkania z występującymi podczas XIII edycji artystami – codziennie w nastrojowym Kurant Cafe na Rynku Głównym Jarek Szubrycht przepytywał muzyków, ale dawał też możliwość zadawania pytań przez publiczność. Nie mniej jednak clue całego wydarzenia jest muzyka, nad czym warto byłoby pochylić się niżej.

Niedziela, 13 września

Orkiestra symfoniczna, lasery i stroboskopy – takim chwytliwym hasłem można by jak najbardziej zgodnie z prawdą opisać koncert inaugurujący XIII edycję Sacrum Profanum – E-X-P-A-N-D-E-D w wykonaniu brytyjskiej formacji These New Puritans, która swoją post-punkową estetykę osadziła pośród powagi smyczków i instrumentalnej neoklasyki, na scenie pojawiając się z przedstawicielami tych nurtów w postaci: stargaze (orkiestra), Synergy Vocals (chór) i Andre de Riddera (dyrygent). Całość koncertu orbitowała wokół utworów z ostatniego krążka grupy z 2013 roku, “Field of Reeds”, a wprost nie do niezauważenia była wyjątkowa barwa głosu wokalistki – Elisy Rodrigues – przypominająca mi nieco chłodny wokal Elisabeth Fraser z Cocteau Twins i doskonale wpisująca się w delikatne fortepianowe podkłady Marii Chiary Argiro. Nie zabrakło oczywiście orkiestrowych wariacji na temat bardziej zadziornych kawałków z “Hidden” – ciężko było mi usiedzieć w miejscu podczas hipnotuzujących “Time Xone”, “We Want War” czy “Three Thousand” z napierającą perkusją i majestatycznymi bębnami, które aż niosły do tańca, ale niestety ów dzika potrzeba ustąpiła oficjalnej estetyce wydarzenia – powaga wydarzenia zobowiązywała raczej do grzecznego siedzenia na fotelach. Nad festiwalowym Profanum wygrało tym razem Sacrum.
/Agata Ogórek/

These New Puritans widziałam już w wydaniu koncertowym dwukrotnie, jednak z pełnym orkiestrowym zapleczem grupa zabrzmiała zdecydowanie bardziej wyraziście. Wreszcie odkryłam sens w chwalonym przez krytyków „Field of Reeds” (wielki plus za interpretację mojego prywatnego faworyta, „Organ Eternal”). Niemniej wydaje mi się, że lepiej w tej estetyce wypadły kawałki z „Hidden”, choć może należy złożyć to na karb dużego przywiązania do albumu z 2010 roku. Co jak co, ale bębny spełniły moje oczekiwania z nawiązką. Otwarcie z przytupem!
/Katarzyna Kowalik/

These New Puritans / fot. W. Wandzel, mat. organizatora

These New Puritans / fot. W. Wandzel, mat. organizatora

Poniedziałek, 14 września

Bryce’a Dessnera wszyscy znają głównie dzięki poczynaniom w zespole The National. Jednak ten kształcony klasycznie muzyk, spełnia się także jako kompozytor muzyki współczesnej co odróżnia go od brata bliźniaka, którego klimaty „poważne” nigdy nie ciągnęły. Wieczorny, swoisty „showcase” artysty kazał chylić czoła w podziwie nad wspaniałą muzyczną wyobraźnią Bryce’a. Tylko człowiek o niebanalnym podejściu do dźwięku jest w stanie zaprojektować własny instrument (Chord Sticks), który został stworzony specjalnie do zaprezentowanej publiczności przez So Percussion kompozycji Music for Wood and Strings. Z kolei Lachrimae czy St. Carolyn by the Sea pokazują jak szeroko sięgają inspiracje muzyka – czy to renesansowych kompozycji, czy powieści Jacka Kerouaca. Ciekawie było doświadczyć jak jeden umysł jest w stanie odnaleźć się w dwóch niejako sprzecznych ze sobą gatunkach muzycznych. Choć jak wiadomo muzyka współczesna, czy też poważna coraz częściej pozwala sobie na romanse z szeroko pojętą muzyką popularną i jak można od lat zaobserwować na Sacrum Profanum wszyscy na tym dobrze wychodzą. P.S. dla ciekawych – nowa płyta The National w przygotowaniu, a druga część składanki Dark Was The Night w przyszłym roku trafi do sprzedaży!
/Katarzyna Kowalik/

Wtorek, 15 września

Kiedy Richard Reed Parry (przez większą część roku basista Arcade Fire) dzień przed koncertem tłumaczył zasady wykonywania stworzonych przez siebie utworów, łapałam się za głowę z komentarzem „czego to ci hiperproduktywni artyści nie wymyślą”. Zresztą wyobraźcie sobie, każdy muzyk znajdujący się na scenie (formacja stargaze, bracia Dessnerowie i SŌ Percussion) został wyposażony w stetoskop, którym monitorował bicie swojego serca i grał w jego rytmie bądź według własnego oddechu. W tym właśnie tkwiło clue zestawu kompozycji nazwanego “Music for Heart and Breath”. Efekt końcowy przerósł moje oczekiwania, gdy zazębiające się ze sobą dźwięki sprawiały wrażenie jednego, zgranego o dziwo, organizmu. A kiedy jeszcze człowiek wsłuchał się we własny puls, nagle, prawie magicznie, stawał się instrumentem i częścią czegoś naprawdę unikatowego. Koncepcja, że wszystko jest muzyką, a rytm można odnaleźć w każdej dziedzinie życia nagle przestała być tak odległa.
/Katarzyna Kowalik/

"Music for Heart and Breath" / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

„Music for Heart and Breath” / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

Środa, 16 września

Zdecydowanie jednym z najbardziej oczekiwanych koncertów, a już na pewno takim, który cieszył się największym zainteresowaniem ze strony publiczności był “The Chopin Project”, za który odpowiadał pochodzący z Islandii Ólafur Arnalds i Alice Sara Ott – pianistka o niemiecko-japońskich korzeniach. Bilety rozeszły się na długo przed wydarzeniem i do ostatnich chwil trwały walki o możliwość ich odkupienia. Poza tym, czy można wyobrazić sobie lepsze miejsce wieńczące trasę koncertową tego projektu niż Polska – ojczyzna Fryderyka Chopina? Pytaniem, które nurtowało wielu, i które padło podczas spotkania z artystami, było to, czy naprawdę potrzebujemy kolejnej interpretacji utworów Chopina. Ólafur nie miał jednak co do słuszności swoich poczynań żadnych wątpliwości. Do kompozycji naszego rodaka podszedł niekonwencjonalnie, zrywając z dość purystycznym nastawieniem do klasycznych dzieł, na rzecz szeroko pojętej humanizacji w postaci umieszczenia w centralnym miejscu człowieka, który je wykonuje i który ma prawo zarówno do pomyłek, jak i wydawania różnych dodatkowych dźwięków i pogłosów – czego nikt wcześniej nie robił. Dzięki temu nagrania przypominają bardziej field recordings (szczególnie “Nocturne In G Minor” wzbogacona dodatkowo o dźwieki ulicy i rozmowy), a nie nieprzyjemnie sterylną muzyczną izolatkę. Innymi cechami różnicującymi kompozycje Ólafura i Alice jest ich dobór – muzycy spośród wielu utworów Chopina wyselekcjonowali te stosunkowo nieznane, dołączyli nowe, inspirowane mistrzem kompozycje Arnaldsa oraz podszyli je dodatkowo elektroniką i masywnym bitem (“Hands, Be Still” z powłóczystymi kosmicznymi syntezatorami), nadając im głębi i niepokoju, co zdecydowanie wpisuje się w nurt sacrumprofanowej nieszablonowości.

Sposób prowadzenia występu na żywo można łatwo skojarzyć ze “szkołą” Nilsa Frahma, z którym to swoją drogą Ólafur Arnalds angażuje się w różnorakie wspólne projekty muzyczne i tak jak on, umie na scenie idealnie wyważyć smutną powagę i odciążające atmosferę żarty, co też niejako można wpisać w owo szeroko pojęte uczłowieczenie Chopina. Dlatego nostalgiczne utwory, od których aż kręciła się łezka w oku przeplatane były anegdotami, spontanicznymi wybuchami śmiechu i co ciekawe, angażowaniem publiczności w przebieg koncertu (nagrywanie iPadem zbiorowego wokalu i podłożenie go jako tło wykonywanego utworu). Alice i Ólafura na fortepianie i pianinie wspierał dodatkowo kwintet smyczkowy, otwierający na przykład “Nocturne In C Sharp Minor” oraz arnaldsowe “Verses” oprawiając go w nieco zawodzącą melancholię. Trudno się dziwić, że widownia nie dała zejść Alice i Ólafurowi szybko ze sceny – po długich oklaskach artyści wrócili i na nowo uroczo przekomarzali się między sobą, dodając do tego również opowieści o tym, jak oboje dużo zawdzięczają swoim babciom. Nie zdziwiło mnie nawet specjalnie, że ktoś z publiczności miał ze sobą piersiówkę, którą poczęstował muzyków ani fakt, że Islandczyk występował w samych skarpetkach w jodełkę. Alice wykonała na pożegnanie autorski walc dedykowany swojej, a Ólafur “Lag Fyrir Ömmu” (“Song for Grandmother”), po którym zapadła przejmująca, jednocząca cisza. Coś niewyrażalnie pięknego.
/Agata Ogórek/

Muzyka wywołuje u mnie różnorakie emocje, ale rzadko mnie wzrusza. Stąd koncert “The Chopin Project” zapamiętam na długo. Swoisty dialog, która obecna na scenie ekipa prowadziła z polskim kompozytorem, poruszał głęboko zalegające pokłady wrażliwości, choć przyznam, że to końcówka rozłożyła mnie na łopatki. Kiedy Ólafurowi grającemu na starym barowym pianinie kompozycję dla babci zaczęły odpowiadać schowane już za kulisami smyczki, mam wrażenie, że nie tylko we mnie coś pękło.
/Katarzyna Kowalik/

The Chopin Project / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

The Chopin Project / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

Czwartek, 17 września

„We Are All Going In Different Directions” brzmiał tytuł koncertu poświęconemu pamięci Johna Cage’a – awangardowego muzyka, pisarza, filozofa działającego głównie w latach 60. Dane nam było doświadczyć wyjątkowych dźwięków wydawanych przez niecodzienne instrumenty i połączonych w całość klamrą eksperymentu. Sō Percussion wraz z Martinem Schmidtem i Cenkiem Ergünem zmontowali dokładnie 91 minut (zegary na scenie odliczające minuty nie dały o tym zapomnieć) przeróżnych odgłosów, gdzie granie na kaktusie mieszało się z surową elektroniką i przeróżnej maści glitchami, a sample popowych przebojów zaburzały rytm pędzącej perkusji. Znalazło się tu miejsce także na granie na butelkach z wodą oraz recytację manifestu Cage’a – „45′ For a Speaker”, co wpisywało się w integrację z publicznością za pomocą podanych im poleceń. Instrukcje rozdane przez koncertem były żywiołowo wykonywane – od pisków, przez tupanie, telefony do znajomych i puszczanie fragmentów utworów Nirvany. Koniec końcu została nam zaserwowana mieszanka performansu, brzmień i rytmów wiernych ideałom Cage’a na czym z pewnością twórcom zależało. „There is no such thing as silence. Something is always happening that makes a sound.”

Piątek, 18 września

Jóhann Jóhannsson szerszej publiczności objawił się jako twórca ścieżki dźwiękowej do “Teorii Wszystkiego”, za którą otrzymał zarówno Złoty Glob jak i nominację do Oscara. Na Sacrum Profanum nie przyjechał jednak jako autor muzyki filmowej, ale koncelebrator dronowej mszy – jego projekt “Drone Mass” będący opartym na koptyjskiej ewangelii oratorium na głosy i kwartet smyczkowy intrygował mnie mocno nie tylko z powodu samej nazwy, ale również próby wyobrażenia sobie, w jaki sposób wizja Islandczyka zrealizuje się dźwiękowo w rzeczywistości.
Faktycznie, od samego początku dało się odczuć przesiąkającą przez całość sakralną metafizykę i duchowość. Motywem przewodnim był tekst koptyjskiej ewangelii wyśpiewywany przez chór Theatre of Voices, rozwijany i upiększany przez dźwięki smyczków ze strony kwartetu American Contemporary Music Ensemble oraz elektroniczne podkłady Jóhanna Jóhannssona. Choć koncert płynnie układał się w harmonijną całość, to można w nim było wyróżnić 7 różniących się od siebie estetyką części, gdzie przenikały się między sobą rozpacz i katastrofizm, niepokój, żałość, ukojenie, płaczliwe tony, gwałtowne uderzenia dronu, by finalnie przynieść majestatyczne zwieńczenie będące pomieszaniem noisowej kanonady i niebiańskich śpiewów chóru. Sam koncert pod względem duchowych przeżyć bardzo słusznie został nazwany mszą – na ponad godzinę zniknął dla mnie czas – poczułam się w pełni wchłonięta przez dźwięki płynące ze sceny i dodatkowo autentycznie zahipnotyzowana geometrycznymi wizualizacjami, wpisującymi się w motyw koła (figura doskonałości?). Co prawda bardziej niż fragmentów dronowych opartych na ciągłej wokalizie spodziewałam się bardziej okresowych partii chóralnych wpisanych w nieprzerwany dron, to i tak “Drone Mass” była dla mnie ewidentnie numerem jeden XIII edycji Sacrum Profanum.
/Agata Ogórek/

"Drone Mass" / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

„Drone Mass” / fot. W.Wandzel, mat. organizatora

Organizatorzy Sacrum Profanum z roku na rok konsekwentnie stawiają sobie za cel przekraczanie kolejnych granic w panujących trendach muzycznych, udowadniając, że łączenie z pozoru nieprzystających do siebie gatunków może dać zaskakująco wyśmienity efekt: że muzyka klasyczna i rockowa wcale się nie gryzą, że warto sprzęgnąć orkiestrę symfoniczną z syntezatorami i dać szansę współbrzmieć techno z duchową akustyką. Takim eksperymentom przyklaskuje nie tylko młodsza część widowni, ale również hołdująca klasycznym wzorcom część widzów, co cieszy po wielokroć.

Sacrum Profanum nie ma na celu ślepego podążania za szybko zmieniającymi się modami, łapczywego i krótkotrwałego nasycania się tendencjami – pozostaje jakby obok, wytrwale trzymając się potrzeby niespiesznej refleksji nad sztuką, która wymaga dłuższej kontemplacji i zostawia za sobą łuny emocji, trwające w człowieku dłużej niż chwiejne mody.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...