music is ... muzyka z najlepszej strony.

the-color-of-destruction-b-iext30288053

Rykarda Parasol The Color of Destruction

data wydania: 2015-09-18
wytwórnia: Warner Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Szczerze mówiąc, gdy przesłuchałem najnowszy album Rykardy Parasol, było to moje pierwsze poważne zetknięcie z jej twórczością. Jego zawartość tylko bardziej zachęciła mnie do sprawdzenia płyt poprzednich. Inne nagrania wydają się być nieco bardziej ascetyczne – zwłaszcza w sprawach instrumentarium. „The Color of Destruction” to album bardzo rozbudowany aranżacyjnie, ale nadal dość surowy. Głównie dlatego, że jest bardzo autentyczny. Nie ma tutaj miejsca na udziwnienia czy zbędne przeszkadzajki w warstwie kompozycyjnej. Są utwory lepsze i gorsze, ale Rykarda dalej trzyma swój wysoki poziom.

To jeden z tych albumów, które włączasz, gdy nie do końca wiesz, czego posłuchać. Bo tutaj można znaleźć wszystko – są brudne rock’n'rollowe wstawki, delikatny folk, nieco radiowy pop, które przeplatają się z elementami bardziej podniosłymi. A w dodatku wszystko to bardzo dobrze się ze sobą łączy. Słuchając nowego albumu Rykardy nie pojawia się odczucie, że coś tu nie gra, że nie pasuje. Choć gdzieś tam przebija się wrażenie, jakoby miał to być jej The Best Of.

Mimo wszystko to jedna z tych płyt, z której zrobiłbym EP-kę. Są tutaj świetne utwory – „The Ruin And The Change” (właśnie ta  radiowość i melodyjność), „The Loneliest Girl In The World” (tutaj wyniosłość) czy „Ready To Burn”. Niestety jest też trochę wypełniaczy, których osobiście nie znoszę, jak choćby interludia w postaci „Opening Scene”, „Intermission” czy „Finale” – rzeczy zupełnie niepotrzebne i zaburzające odbiór, jak i spójność albumu. Jest to jednak jedyny poważny minus „The Color of Destruction”. Owszem, można odnieść się jeszcze do braku przebojowości, ale na próżno tego szukać w tej muzyce.

Po co tu hity, skoro jest świetny klimat? Rykarda Parasol ma świetny, niepokojący głos, napięcie na „The Color of Destruction” jest dobrze stopniowane, a nawet wspomniane już, radiowe „The Ruin And The Change”, ma gdzieś w sobie ten pierwiastek grozy. Tego uczucia, które określić można jako cisza przed burzą. To jest właśnie rzecz, która powinna towarzyszyć alt-country, gothic americanie – jak zwał, tak zwał. Nie bez powodu więc miałem skojarzenia z Woven Hand i trochę marzy mi się, żeby Rykarda nagrała utwór razem z King Dude.

Właśnie dlatego ta płyta jest tak dobra w odsłuchu – to domena tego typu muzyki. I nic, że wszystkie te utwory znacząco różnią się od siebie, bo spaja je właśnie klimat niepokoju, tak charakterystycznie diabelskiego, mrocznego country. Nowa płyta Rykardy Parasol mogłaby być soundtrackiem pod horror psychologiczny, bo te ładne piosenki mają w sobie coś creepy (brakuje tu dobrego polskiego odpowiednika tego słowa).

„The Color of Destruction” to album naprawdę ciężki w odbiorze. Można pomyśleć, że to mało piosenkowa płyta i nie wracać do niej już po pierwszym przesłuchaniu. Ale można także nieco zastanowić się, dlaczego właśnie taka jest, a patrząc przez pryzmat całej twórczości i postawy Rykardy stwierdzić, że pomimo paru gorszych momentów, to wciąż dobry album. Ja przeszedłem tę drogę i tego nie żałuję.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...