music is ... muzyka z najlepszej strony.

Honeymoon

Lana Del Rey Honeymoon

data wydania: 2015-09-18
wytwórnia: Polydor

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 11 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Swoim najnowszym krążkiem Lana Del Rey rzuca wyzwanie dzisiejszym czasom, bo podczas kiedy w latach 60. klimatyczne ballady miały rację bytu, w 2015 roku dobre wyniki sprzedaży gwarantuje głównie solidny taneczny beat. Poza tym album trwający ponad sześćdziesiąt minut bez śladu prawdziwego przeboju to prawie komercyjne samobójstwo. Ale Del Rey wypracowała sobie już solidną pozycję w popowym show biznesie i teraz może skupić się na realizowaniu swojej artystycznej wizji.

Gdy na „Born to Die” jeszcze szukała swojej drogi, retro-gitarowy klimat „Ultraviolence” ujawnił już bardziej spójną wizję jej stylu. Na „Honeymoon” posunęła się o krok dalej, zmieniła instrumentarium i całkowicie przeniosła się w świat starych filmów. Te piosenki mogłyby z powodzeniem towarzyszyć przygodom Clarke’a Gable, Grety Garbo, a nawet Jamesa Bonda – i to obojętnie z której epoki. Jej wokal idealnie pasowałby do filmu o przygodach Agenta 007, chociaż jej stylistyce wciąż jest bliżej do niepokojących klimatów „Twin Peaks” niż filmów akcji pełnych efektów specjalnych.

Lana wie jak dobierać sobie współpracowników – Dan Auerbach z The Black Keys pomógł jej w uzyskaniu lekko zabrudzonego, gitarowego brzmienia na poprzednim albumie, ale tym razem ci, którzy aranżowali jej kawałki również wykonali kawał dobrej roboty. Zakładając, że wciąż jest to muzyka pop, słowo to nabiera tu zupełnie nowego znaczenia. Mamy tu drżące smyczki, delikatne pianino w tle, a ponad wszystko dęciaki, które pełnią rolę sporadycznie pojawiających się ozdobników. Kiedy w „Terrence Loves You” rozpacza po utraconym kochanku śpiewając I lost myself when I lost you, to łagodne dźwięki saksofonu jakby potwierdzają jej bezgraniczną rozpacz.

Większość kawałków ma niemal ascetyczne aranżacje, które automatycznie przerzucają naszą uwagę na wokal. „Honeymoon” opiera się wyłącznie na smyczkach, klawiszach i ledwo słyszalnych szarpnięciach strun gitary. Z kolei w „God Knows I Tried” przez połowę trwania piosenki słychać jedynie gitarę i bardzo subtelną perkusję w refrenie. Wszystko sprowadza się do tego, że głównym instrumentem jest tu głos artystki, którym operuje z lekkością, wyrzucając z siebie słowa jakby od niechcenia, ale robiąc to, jak zwykle, wyjątkowo stylowo.

Del Rey twierdzi, że inspiracją do nagrania tego krążka były stare jazzowe kawałki, co niewątpliwie słychać, aczkolwiek trochę nowoczesności również wkradło się na ten album. „High by the Beach” to jedyny fragment, który może uchodzić za współczesny przebój, a syntetyczny beat „Art Deco” ozdobiony ciepłym saksofonem również należy do XXI wieku.

Del Rey lubi też bawić się konwencjami i uwzględniać w swoich tekstach odnośniki do popkultury. W „Salvatore” świadomie ociera się o kicz imitując romantyczne włoskie piosenki, a w tytułowym „Honeymoon” pojawia się kultowa fraza ground control to Major Tom. Jako Amerykanka z krwi i kości znów sięga po tamtejsze symbole, i tak jak wcześniej śpiewała o czytaniu beatników i słuchaniu Lou Reeda, tutaj pojawiają się nazwy głównych arterii Los Angeles oraz „Hotel California” (nie wspominając już o klasycznym amerykańskim pojeździe na okładce).

Poza tym teksty tradycyjnie dotyczą miłości, która u Lany Del Rey jest jednoznaczna z cierpieniem i rozpaczą. Utwór tytułowy jest peanem na cześć utraconego kochanka, który zabrał ze sobą jej duszę, w „The Blackest Day” Lana skarży się, że zawsze szuka miłości w złych miejscach, natomiast „24”, które okazuje się swoistym murder ballad, służy za przestrogę dla niewiernego kochanka. Kto wie, może gdyby Del Rey urodziła się kilkanaście lat wcześniej, Nick Cave zaprosiłby ją na swój album.

„Honeymoon”, który kończy się coverem Niny Simone, składa się łącznie z czternastu utworów, a każdy z nich trwa cztery bądź pięć minut. Tak długie nagrania to ryzyko, ale wokalistka i jej współpracownicy założyli, że ryzyko, które się opłaci. Wszyscy mieli rację, bo jest to najbardziej spójny z jej dotychczasowych krążków. Słuchanie go na wyrywki nie zadowala, ale choć na te piosenki trzeba poświęcić całą godzinę, to gwarantuję, że nie będzie to czas stracony.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...