music is ... muzyka z najlepszej strony.

GusGus w Progresji

GusGus / mat. prasowe

GusGus / mat. prasowe

Islandczycy pomimo pomniejszonego składu o Stephana Stephensena aka Presidenta Bongo, który opuścił grupę na początku tego roku, nie stracili nic ze swojej scenicznej energii. Co prawda nie powtórzyli sukcesu zeszłorocznej, jesiennej trasy, podczas której wyprzedali niemal wszystkie koncerty, jednak wciąż potrafią przyciągnąć prawdziwe tłumy i zagrać dwugodzinny, transowy set.

Dobre wejście tym razem zapewnił Birgir Þórarinsson otwierającym przedostatnią płytę „Arabian Horses” utworem „Selfoss”. Głośnym, transowym i idealnie wprowadzającym do następującego później tytułowego „Mexico”. Na tak przygotowany grunt wkroczył ze swoim wokalem Daníel Ágúst Haraldsson by zaśpiewać „This Is Not The First Time”. Obserwując trzeci już koncert grupy, zauważyłam pewną prawidłowość. Zawsze pojawienie się Haraldsson na scenie wprowadza publikę w istną ekstazę.Trudno stwierdzić, co elektryzuje bardziej – jego głos czy sama postać.

Kolejne trzy utwory, to już tak zwany sztos. „Airwaves”, „Obnoxiously Sexual” i znakomite „Over”, to chyba najmocniejsza koncertowa trójka GusGus. Grupa zawsze umiejętnie operowało setlistą, ustawiając utwory w takiej kolejności, aby całość nie nudziła nawet przez chwile, ale też nie męczyła i dawała wytchnienie publiczności. Po bardzo energetycznym środku zaserwowali kilka spokojniejszych kompozycji, w tym najnowszą „Sailor Kid” i „Within in”, zaśpiewany przez charyzmatycznego Högni Egilssona. Jego nieobecność podczas sopockiego koncertu w Zatoce Sztuki była mocno odczuwalna nie tylko w secie, ale przede wszystkim w koncertowej atmosferze. Co prawda pojawiła się wówczas na jego miejscu wokalistka Urður Hákonardóttir, jednak nie była w stanie go zastąpić. Podczas warszawskiego koncertu pojawiły się wszystkie najważniejsze utwory z jego udziałem, dzięki czemu można zaliczyć go do kompletnych.

Bis w wykonaniu GusGus to powrót do przeszłości i trzy utwory, ze starszych albumów – „Arabian Horses”, „Deep Inside” i „Add This Song”. Końcówka mocno transowa, ale nie zwalniająca tempa i równie energiczna. Panowie zeszli ze sceny i jedyne co po sobie zostawili, to głód ich muzyki. Wciąż świetnie bawiący się ze sobą, tańczący i czujący każdy rytm. Tym samym znów dostaliśmy 2 godziny świetnie przygotowanego setu, doskonale skomponowanych rytmów z pogranicza techno, house’u i trip-hopu, które po raz kolejny zabrzmiały absolutnie wyjątkowo.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...