music is ... muzyka z najlepszej strony.

the-dead-weather-620x615

The Dead Weather Dodge and Burn

data wydania: 2015-09-25
wytwórnia: Third Man Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Doskonale pamiętam moment, w którym po raz pierwszy usłyszałam muzykę The Dead Weather. To była miłość od pierwszego zetknięcia – charyzma i głos Alison, brud instrumentów i rockowy power przyciągnęły mnie mocniej niż najsilniejszy magnes. Wtedy, zaraz po debiutanckim „Horehound” – który nadal jest jednym z moich ulubionych albumów – bardzo szybko, bo w niespełna rok ukazał się równie dobry „Sea Of Cowards”. Nic więc dziwnego, że na kolejny muzyczny krok tego supergangu (jak sama Alison kazała ich nazywać) czekałam bardzo niecierpliwie. Czas oczekiwania oraz poziom poprzednich albumów (a może poziom ich uwielbienia?) postawiły The Dead Weather poprzeczkę niezwykle wysoko. „Dodge and Burn” nie dał rady jej przeskoczyć.

The Dead Weather powstało jako kolejny kaprys Jacka White’a, który szukał nowego miejsca do upustu kreatywnej energii, której nie mógł zmieścić w The White Stripes czy The Raconteurs. Z połączenia tak silnych osobowości muzycznych jak White i Mosshart nie mogło wyjść coś, do czego można przykleić łatkę słabe czy nijakie – potwierdziły to dwa pierwsze albumy, po których ukazaniu się grupa otrzymała miano zbawicieli rock’n'rolla. Rozczarowanie to zbyt mocne słowo, bo trzeci album The Dead Weather to nie jest zła płyta, a jednak po pięcioletniej przerwie wygłodniały fan oczekuje czegoś, co go powali na kolana, zmiażdży żebra dźwiękiem i opęta do granic szaleństwa. Niestety, tak nie jest.

Pierwsze sekundy otwierającego kawałka brzmią tak, jakby Jack White wyciągnął jeden z odpadów z „Lazzaretto” i nagrał na nowo, tylko w towarzystwie Alison i spółki. Kiedy dalej rozkładamy płytę na części pierwsze wydawać by się mogło, że nie ma się do czego przyczepić – są przestery, są gitary, jest charakterystyczny charyzmatyczny głos Alison, jest brud. Lecz gdy przyjrzymy się całości to brakuje tego czegoś, co oba poprzednie albumy miały – pierwotnej energii, jakiegoś dzikiego zastrzyku mocy.

Mimo tych zarzutów, w tym roku The Dead Weather dało nam lepszy album niż większość zespołów, w których twórczości prym wiodą gitary. Album, który gdy przestaniemy go porównywać z poprzednimi, wciąga w świat połamanych rytmów i rockowego wariactwa. Nadal słychać, że ta wybuchowa mieszanka osobowości potrafi połączyć to, co każdy z nich w muzyce kocha najbardziej w jedno spójne dzieło. Muzyczne szaleństwo słychać w każdym kawałku na płycie, jednak na próżno szukać tu hitów. I gdy aż do zamykającego album kawałka brak na tym krążku niespodzianek, „Impossible Winner” okazuje się bardzo miłym zaskoczeniem. No bo mało kto pomyślałby, że The Dead Weather czy sama Alison stworzyliby kawałek pasujący stylistycznie do grzeczniejszych dziewczynek. Ten zaś jest naprawdę przyjemną i świetnie skomponowaną balladą, która mimo że dramatycznie odstaje od reszty albumu, jest genialnym utworem zamykającym całość – czarnym koniem całego krążka.

Czego złego by o tym wydawnictwie nie powiedzieć, to i tak krążek, który na swojej półce warto mieć. The Dead Weather nieco sobie odpuścili – nie ma tego szaleństwa, które uzależniało tak bardzo w przypadku debiutu i jego następcy. Może to wina tych pięciu lat przerwy? A może samego sposobu nagrywania w doskokach pomiędzy kolejnymi projektami każdego z muzyków? Ciężko powiedzieć – wciąż jednak to jedna z lepszych rzeczy jaka pojawiła się na sklepowych półkach w tym roku – dla fanów White’a i spółki pozycja obowiązkowa.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...