music is ... muzyka z najlepszej strony.

Kwabs / mat. prasowe

Kwabs Love + War

data wydania: 2015-09-11
wytwórnia: Atlantic Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Z Kwabsem zetknęłam się po raz pierwszy przy okazji utworu „Last Stand”, który to spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Na co dzień daleko mi od przesadnych egzaltacji, ale przyznaję, że pod koniec 2013 roku zapętlenia wspomnianego kawałka szły w dziesiątki. Nieczęsto bowiem spotyka się wokalistów o głosach tak fenomenalnych. Nie chcę od samego początku konstruować laurki, ale trzeba zaznaczyć, że wejściowy potencjał Kwabena Adjepong (tak, tak, poznajmy się bliżej) ma ogromny. Pytaniem kluczowym pozostaje, czy posiada wystarczającą charyzmę i pomysł na siebie, by ten niewątpliwy talent wykorzystać. Ileż to razy bowiem dobrze zapowiadający się wykonawcy ginęli w szarym tłumie, nie mając odwagi wznieść się ponad utarte, ale jakże wygodne schematy. Dwa lata temu EP-ki nie były w stanie udzielić pełnej odpowiedzi, za to dziś można już zweryfikować związane z Kwabsem oczekiwania. I jest naprawdę nieźle.

Wiadomo, że mamy do czynienia z tęsknym, ale kiedy trzeba, potężnym barytonem. W jakim repertuarze barwa taka odnajduje się najlepiej? Kwabs podąża różnymi tropami, w każdej estetyce trzymając się względnej granicy bezpieczeństwa. Ile słuchaczy, tyle preferencji – jednemu balladka, innemu taneczny przytup. W tej dość eklektycznej mieszance najbardziej przekonują fragmenty, które zabierają w podróż po nie do końca bezpiecznych drogach, jak choćby wolno budowane, intensywne „Forgiven”. Podobnie sprawa ma się z „Look Over Your Shoulder” wyprodukowanym przez Sohna. Nikt nie zaprzeczy, że współpraca obu panów to mariaż stworzony przez wyższą instancję. Tembr głosu jednego splata się z syntezatorowym brzmieniem stworzonym przez drugiego w sposób, który z pewnością nie tylko mnie pozostawia oszołomioną. A kiedy jeszcze człowiek wsłucha się jak Kwabs prawie szepcze: Better look over your shoulders because when you’re on your own / It’ll creep into your head and it’ll never let you go, nie wiadomo, czy ciarki pojawiają się ze strachu czy z przyjemności.

Oczywiście nie samymi niepokojącymi pejzażami stoi ta płyta. Urok leży także w niewielkich eksperymentach. Tu i ówdzie pojawiają się niespodziewane smaczki i rozwiązania. „Love + War” to jeden z lepszych otwierających utworów, które słyszałam ostatnimi czasy. Prosty koncept ewoluujący w rozbuchany (ale nie przesadnie) gospelowy finał? Da się. Ciekawym przypadkiem jest też powstałe przy współpracy z Dave’em Okumu „Layback”. W tytule kawałka zawiera się jego kwintesencja, o czym przekonują sączące się leniwie, jazzujące dźwięki.

Na przestrzeni 46 minut materiału słychać różne inspiracje, ale najbardziej przykuwają uwagę odniesienia do lat 90. Nie wiem, czy to kwestia otwarcia się na bardziej masową publiczność, niemniej pojawiają się tu jednoznaczne ukłony w stronę popu sprzed dwudziestu lat. Efekty tej wycieczki w przeszłość są dyskusyjne – o ile „My Own”, które kazało mi zrobić sobie powtórkę z Christiny Aguilery, brzmi całkiem świeżo, tak „Make You Mine” lekko trąci myszką (temu rytmowi niestety mówię nie).

Przyznam, że bałam się co znajdę na tym albumie. Zwłaszcza po występie na żywo, który o ile nie rozczarował, okazał się być mocno przeciętny, by nie rzec nudnawy. Na szczęście, choć staromodnie soulowe „Cheating On Me” wymaga charyzmy D’Angelo, by pociągnąć za sobą ludzi na koncercie, jako utwór zamykający krążek funkcjonuje satysfakcjonująco. To także zaleta „Love+War” – raz jest lepiej, raz gorzej, ale każdy kawałek ma w nim swoje uzasadnione miejsce. Sprawia to, że zestawienie bez większych zgrzytów funkcjonuje jako całość.

Nie nazwałabym „Love+War” dziełem przełomowym, czy nawet zaskakującym. Wokal Kwabsa, jak już zostało ustalone na początku, ma miażdżącą moc i stanowi najlepszy z możliwych instrumentów sam w sobie. Udało się go wykorzystać do stworzenia bardzo dobrego, odpowiednio kołyszącego, popowego albumu. Oprócz całej przyjemności jaką daje mi jego przesłuchanie, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że to dopiero niewielka próbka możliwości Anglika. Jakby artysta starał się sprawdzić zakres strefy komfortu swoich słuchaczy. Niby eksperymenty, ale trzymane w ryzach, bezpieczne. To naprawdę bardzo udany debiut, ale mam przeczucie, że najlepsze Kwabs ma jeszcze w zanadrzu. Odwagi, proszę pana!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...