music is ... muzyka z najlepszej strony.

Majestat brzmień Suuns i Jerusalem In My Heart

Suuns + Jerusalem In My Heart / fot. Adam Bombrych

Suuns + Jerusalem In My Heart / fot. Adam Bombrych

Wspólny koncert Suuns, zespołu, który w 2011 roku miał sposobność prezentować się już podczas katowickiego OFF Festivalu i Radwana Ghazi Moumneha to jedyny polski występ tego egzotycznego połączenia dwóch muzycznych światów. Zdaje się, że trudno o powtórkę, a po czwartkowym wieczorze nie sposób nie pragnąć więcej. Mimo, iż sam początkowo wolałem usłyszeć Suuns ze swoim własnym brzmieniem, to wychodzący z podobnego założenia mogą już żałować i tonąć w sowitych strumieniach łez rozgoryczenia. Oto ominął ich prawdopodobnie jeden z najlepszych warszawskich koncertów tego roku. Nawet Son Lux, w przypadku którego duża część szykuje się na najlepszą pozycję 2015, zdaje się, że stanie w obliczu wysoko podniesionej poprzeczki. Zdaje się też, że trudno by wspomniane wydarzenie mogło tak samo zadziałać w jakimkolwiek innym miejscu.

Majestat muzyki, potęga gitar, ściana dźwięku i orientalny wokal sprawiały, że konfrontację ze wspólnym materiałem Suuns i Jerusalem In My Heart nie bez przesady porównać można do crash testu. Pięciu facetów w dusznych kuluarach Cafe Kulturalnej tworzyło równie duszną atmosferę swoją muzyką, która niczym ściana nie do przebicia, mocniejsza od marmurów PKiNu miażdżyła, przytłaczała, ale i pochłaniała upojną niebosiężną nutą psychodeli skutecznie wspomaganej przez fantasmagoryczny taniec barw i kontrastów w tle. Ducha chwili głęboko wzmagały także stare kinowe projektory, otoczone zewsząd metrami taśmy kinowej, na bieżąco zmienianej, w pewnym sensie trafnie wpisywały się w format niedoskonałych jednak brzmień, na początku samego Jerusalem In My Hearts, potem także wspólnego występu obu projektów. Odwrót od korzystania z wizualizacji w formie cyfrowej doskonale spajał się z wszelkimi pogłosami, zmianami tempa, jazgotami, przesterami, które przecież tak naprawdę stanowią o zjawiskowość tego niepowtarzalnego krążka.

Support w postaci solowego koncertu Radwana zdawał się być jednak zjawiskiem muzycznie mniej intensywnym, jednak nie bardziej absorbującym. Spokojniejszy występ stał w lekkim kontraście do późniejszego, mocno pobudzającego, czy wręcz rozjuszającego i stwarzającego mocny dyskomfort spowodowany nerwowym napięciem zbliżającym się do obszarów o ograniczonej wytrzymałości. Okraszone bliskowschodnim brzmieniem gitar „Metal” czy „3attam Babey” wciągało w dziki trans podpowiadający wręcz by bez opamiętania dać ponieść się dźwiękom i tylko czasami uczucie to ulegało pod siłą momentów przesyconych psychodelą, jak np. „Self”.

W końcowym rozrachunku okazuje się, że brak hitów znanych z samodzielnych działań Suuns nie okazało się przeszkodą, a wręcz przeciwnie, raczej sporym niedocenieniem tegorocznego materiału. Jakość kompozycji w wykonaniu na żywo i ładunek emocjonalny podczas konfrontacji z tym materiałem jest nadzwyczaj niewymierny do odbioru z fizycznego krążka i szczerze mówiąc trudno tu o jakiekolwiek porównanie. Suuns i Jerusalem In My Heart udało się dokonać rzeczy najbardziej dla mnie cennej, mianowicie niemal całkowitego zawładnięcia nad ludzką psychiką i percepcją stając się jednocześnie pożywką dla amatorów nierozsądnych eksperymentów.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...