music is ... muzyka z najlepszej strony.

Terrific Sunday cover

Terrific Sunday Strangers, Lovers

data wydania: 2015-10-09
wytwórnia: Sony Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 9 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Bardzo przyjemnie i niezwykle intrygujące jest obserwowanie rozwoju zespołu od samego początku. Tych chłopaków poznałam jeszcze, gdy skład był inny, a repertuar ograniczał się do kilku zaledwie utworów skrupulatnie skomponowanych w domowym zaciszu. Na scenie byli nieco zagubieni, jakby przestraszeni – jedynie perkusista nie pozwalał na oderwanie oczu od siebie ani na moment, grając tak, jakby wstąpił w niego demon. Na każdym kolejnym koncercie ludzi tupających nóżką było więcej, na każdym panowie byli bardziej śmiali, dawali z siebie coraz więcej i więcej. Ale jedną zaletę mieli od samego początku – talent do pisania cholernie chwytliwych, przebojowych wręcz kawałków, które potem dręczyły przez długie godziny po każdym spotkaniu z ich muzyką.

Panowie nabrali wiatru w żagle. Już nie były to jedynie występy w roli supportu przed gwiazdą wieczoru, ale własne koncerty, występy festiwalowe. I to właśnie tam udowadniali, że kto jak kto, ale oni na żywo potrafią porwać każdą publikę. W rodzimym Poznaniu, jeszcze bez wydanej płyty, stali się gwiazdą, za którą publiczność stoi murem. Teraz czas na kolejny przełom. Przyznaję, że kiedy dowiedziałam się o nagrywaniu przez Terrific Sunday swojego debiutu nie z kim innym, jak z Marcinem Borsem wiedziałam, że ta płyta będzie wydarzeniem. Z drugiej strony pojawiły się pewne obawy, bo mało kto potrafi koncertową energię świetnie grającego zespołu uchwycić na studyjnych nagraniach. Jak się okazuje obawy nie były bezpodstawne i nawet geniusz Borsa gdzieś tu się nie sprawdził.

Krążek brzmi świetnie, ale nie tak dobrze jak Terrific Sunday na żywo – to było słychać już w pierwszym promującym zespół singlu „Bombs Away” i to słychać też na reszcie albumu. To nie pierwszy raz, kiedy energia jaką rozpiera zespół na scenie, na nagraniu ginie gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Podobny problem spotkał chociażby debiut Magnificent Muttley. To jednak nie zmienia faktu, że „Strangers, Lovers” to jeden z lepszych tegorocznych polskich debiutów, jeżeli chodzi o muzykę rockową.

Smykałka do nagrywania wpadających w ucho kawałków pozostała i szczerze mówiąc, co drugi utwór z płyty śmiało mógłby być singlem. A jednak ja lubię Terrific Sunday najbardziej tam, gdzie zbaczają ze ścieżki przebojowości wchodząc w ambitne solówki, ciekawe przejścia i hipnotyzujące melodie – a tego także na płycie jest sporo. Chłopaki nie uciekną od porównań, bo inspiracje zachodnimi muzykami wyłaniają się w poszczególnych fragmentach bardzo mocno. Szczególnie słychać tu Foals, ale to w żaden sposób nie przeszkadza, bo panowie nie kopiują, ale przekuwają we własne brzmienie to, co sami lubią. I właśnie to brzmienie jest materią, w której grupa jest niesamowicie konsekwentna – od pierwszych koncertów (mimo iż przez dwa lata zespół przeszedł niezłą metamorfozę) stylistyka pozostawała taka sama. Jedynie kompozycyjnie jest dojrzalej, każdy utwór jest bardziej przemyślany i wbrew pozorom mniej asekuracyjny niż początkowe kompozycje. Dopiero teraz słychać, że zespół nie boi się trochę poeksperymentować, zagrać coś nieco inaczej, połączyć dźwięki w mniej oczywisty sposób, zwyczajnie się tą muzyką bawić.

Nie piszę tego z sympatii do chłopaków, ale faktycznie, na płycie znalazło się wszystko to, co sprawia, że całości słucha się z niesamowitą przyjemnością, a po zakończeniu nie pozostaje nic więcej jak wcisnąć ponownie play. Są tu rzeczy, przy których nogi same zrywają się do szaleństwa, jak choćby singlowe „Bombs Away”, „In My Arms” czy fenomenalne „Petty Fame”, ale są też takie klimatyczne perełki, jak choćby „Wallpapers” czy „Get Lost”. Zresztą ta ostatnia wraz ze wspomnianym wyżej „Petty Fame”  oraz z otwierającym album „Another Slowly Leaves” to zdecydowanie najlepsze kompozycje z całego albumu.

W przypadku Terrific Sunday ciężko się do czegoś jeszcze, prócz może sprawy braku pisania tekstów po polsku, przyczepić. Ale to akurat zespół, któremu w języku angielskim bardzo jest do twarzy. Czy grupa dzięki temu stanie się polskim muzycznym towarem eksportowym – to pokaże czas. Na razie trzeba jasno powiedzieć: panowie nagrali po prostu bardzo zgrabny, dojrzały album. I warto tu wspomnieć, że w tym składzie zespół funkcjonuje dopiero od dwóch lat. Biorąc pod uwagę fakt, że to ich długogrający debiut, można jedynie mieć obawy o to, co będzie z nimi dalej. Sami sobie zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko i ciekawa jestem czy uda im się ją przeskoczyć. Szczerze trzymam za to kciuki.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...