music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis – Kołakowski:Wykpisz:Korelus & Dave Liebman

Kołakowski:Wykpisz:Korelus + Liebman / fot. Tomasz Böhm

Kołakowski:Wykpisz:Korelus + Liebman / fot. Tomasz Böhm

Wygrali tegoroczny OpenJazz, czyli konkurs dla młodych muzyków towarzyszący tegorocznej edycji Warsaw Summer Jazz Days, z różnych stron płyną niemalże same pochwały dla ich gry. Osobno działają w różnych projektach, odnosząc równie duże sukcesy. Pojawienie się na scenie z Davidem Liebmanem, znanym chociażby ze wspólpracą z Milesem Davisem, jest nie tyle ustanowieniem jakiegoś szczytu różnie pojmowanej kariery muzycznej, co raczej podkreśleniem wagi ich dotychczasowych działań. Tak mówią źródła.

Nie zamierzam więc przedstawiać się tu jako znawca gatunku, mając gdzieś w głowie tylko szczątki informacji dotyczące zarówno Amerykanina, jak i trio z Polski. Wręcz przeciwne. Dlatego nie bardzo wiem, na ile wciąż nikłe (choć wydawać by się mogło, że na obecnie panujące standardy i tak zdecydowanie dobre) śledzenie sceny jazzowej w pewnym sensie nie stanęło pomiędzy mną, a tym, co we wtorkowy wieczór działo się na scenie Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Choć nie sądzę, aby resztę miejsc na sali zajmowali sami znawcy tematu, którzy doskonale odczytywali kolejno wybrzmiewające nuty.

Z drugiej strony przeżycie paru podobnych wydarzeń przyniosła ich różną klasyfikację – od zachwytu po umiarkowane zadowolenie. Jazz nigdy nie zostawił we mnie rozczarowania, co najwyżej przysporzył poczucie własnych emocjonalno-edukacyjnych ułomności w próbach rozwikłania danego doświadczenia. Rozpoczęcie więc od ustalenia jakiegkolwiek werdyktu (który daleki jest od uczucia zawodu) byłoby w przypadku tego występu postąpieniem pozbawionym sensu. Głównie dlatego, że sama muzyka jazzowa nie daje się łatwo klasyfikować, a duży wpływ odgrywa zarówno sceniczna prezencja muzyków, atmosfera, dobór tematyczny i oczywiście indywidualne preferencje słuchacza. Żadnej roli nie gra tu stan upojenia, samoistny podryg do rytmicznych bitów czy znajome gitarowe riffy, które mogłyby popchnąć do beznamiętnego chłonięcia tekstów kultury. Tu sprawa jest bardziej skomplikowana, a sami panowie tego nie ułatili.

Mateusz Kołakowski, Alan Wykpisz, Bartłomiej Korelus oraz David Liebman działali bardziej jako grupa indywidualistów. Dla nauczonych przyjmowania dużej ilości łagodnej, chwytliwej melodyki i w miarę jasnego kompozycyjnego ułożenia, materiał oparty na „Sześciu Małych Utworach Fortepianowych op. 19″ Arnolda Schoenberga mógł wydawać się niezbyt przystępny. Brak klarownego współgrania wszystkich instrumentów, tej oczywistej i oczekiwanej harmonii łatwo można by pomylić z kakofonią. Ta mylna klasyfikacja to przede wszystkim sprawka czterech często różniących się historii opowiadanych przez grę każdego z artystów.

Inna sprawa, że to początkowe zjawisko chaosu nie było stanem permanentnym, a poszczególne fragmenty godzinnego przedstawienia okazywały się być wyjątkowo chwytliwą, wyrazistą materią – szczególnie w ostatnich minutach mocniejszych, bardziej skondensowanych i przenikających się dźwięków kompozycji, w tym opartych na fortepianowym przewodzeniu utworach piątym i szóstym. I tak, jak niemal niezmiennie z muzyką jazzową wiąże się pojawienie instrumentów dętych, tak i tu głównym napędem był niepozorny Dave Liebman, ulokowany na środku sceny. Jego partie saksofonu oraz sporadyczne wystąpienia na flecie skutecznie ożywiały wystąpienie. Nie znaczy to jednak, że jego zamilknięcie jakkolwiek naruszało wypracowywaną przez wszystkich formułę.

I to chyba właśnie skupienie okazało się kwestią, która mogła tego wieczoru zaważyć na odpowiednim postrzeganiu artystycznych działań. Zaburzona dynamika nie pozwalała wpaść w całkowity trans, próba złączenia wszystkich brzmieniowych informacji przeszkadzała w odprężeniu i uruchomieniu wyobraźni, a tym samym ekstatyczne uczucia nie przeszywały ciała. Ciężko było otworzyć się na dźwięki ze sceny, gdy każdy z artystów zdawał się być w swoim własnym muzycznym świecie. Nie jest to jednak ujma czy grzech ciężki tego repertuaru – raczej komplikacja, z którą trzeba się zmierzyć. Bo oczywiście trudno nie zaznaczyć, że umiejętność odseparowania się od otoczenia i precyzyjnego wyrażania siebie poprzez instrument budzi szczery podziw. Z tym uczuciem nie trzeba się nijak mierzyć, należy z nim pozostać.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...