Organizatorzy Ars Cameralis co roku poddają rotacji swoje plany rozlokowania poszczególnych scen festiwalu. W tym roku jedną z takich zmian było dotarcie do Zabrza. Na początek w podziemnych terenach kopalni Guido wybrzmieli Joy Wellboy, natępnie na drugim piętrze zachwycającego Szybu Maciej zadomowili się Olivier Heim i Jennie Abrahamson wraz z zespołem. Użycie tu słowa związanego z domem jest w przypadku występów tych artystów dość istotne. Bo zarówno Jennie, jak i Olivier czarowali nie tylko muzycznie, ale i słownie, urzekając swoją osobowością, wytwarzając atmosferę spokoju, radości i bezpieczeństwa.

Na płaszczyźnie porównawczej jedno i drugie wystąpienie obfitowały w zaskakująco dobrze rozegrane cechy wspólne – sporą porcję lekkości, pewną dozę melancholii, pokaz świetnych głosów, wystąpienia na wpół akustyczne i sprawną, przyciągającą uwagę konferansjerkę. W tym ostatnim dobrze sprawidził się Heim, który swoim uroczym łamanym polskim zapowiadał kolejne utwory, niejednokrotnie namawiał do sprawdzenia jego klipów w internecie, a także nieśmiało pytał, czy publika na pewno dobrze się czuje z towarzystwem jego muzyki. I większych reklamacji chyba być nie powinno, bo chociaż na scenie sam, to z opanowaniem poszczególnych utworów Olivier nie miał większych problemów. Inna sprawa, że całość opierała się właściwie na wokalu i gitarowej aktywności, które uzupełniały chillwave’owe podkłady.

Brak prawdziwego basu i – co chyba szczególnie było tego wieczora słychać – mocy perkusyjnych uderzeń dawał się we znaki. Bo jakkolwiek kojąco nie wypadały wypełniające przestrzeń kolejne trzyminutowe surf-popowe kawałki, tak pod sam koniec koncertu ich powtarzalność zaczęła wyczerpywać swoją magię. Tym bardziej, że nawet cover We Draw A wykonany został w sposób, jaki reszta repertuaru z albumu „A Different Life”. Ten one-man show nie miał na szczęście kulminacji w postaci znudzenia, bo co chwila śpiew Heima przykuwał uwagę na tyle skutecznie, aby odrzucić pewne wątpliwości. Melancholia wygrała.

Nieco inaczej rzecz miała się z występem Jennie Abrahamson, bo choć te bardziej liryczne wypady wypełniły dużą część czwartkowego setu, to najciekawiej sprawdziły się kompozycje bliższe brzmieniom tanecznym. Wypada jednak przyznać, że artystka w każdej z tych dwóch brzmieniowych materii wypadła nadzwyczaj pozytywnie.

Najpierw przyciągnęła głosem docierającym chyba do każdego zakątka tego miejsca.  Bowiem właśnie najbardziej zaskakującym było widzieć, jak na pozór delikatna i niepozorna osoba potrafi wytworzyć tak potężne tony, sprawiając przy tym wrażenie czyniącej to zupełnie bez wysiłku. Niewiele później przyszło pełne zanurzenie się w samym dźwięku – plemiennym brzmieniu elektronicznego wibrafonu, prześcigających się partii klawiszy, sporej dawki syntezatora i gitary. Ten przekrój czterech wydanych przez albumów Jennie to wędrówka między typowo akustycznymi balladami, a utworami popowymi, które z racji melodyki, ale i niezobowiązującego (słodko-gorzkiego) charakteru porywających refrenów można było wrzucić do kategorii idealnie skrojonych singli; te równie dobrze mogłaby napisać Sia czy Robyn.

Łatwość, z jaką przychodziły jej wokalne popisy, ujawniała się także podczas nawiązywania kontaktu z publicznością, która raczona była lekkimi i przyjemnymi historiami przybliżającymi poszczególne utwory. Opowieści o małym, sennym miasteczku z północy Szwecji, początkach muzycznej kariery, podróży do Nowego Jorku w celu tworzenia, młodzieńczych romansach czy wreszcie poruszenie aspektów społeczno-politycznych (które przejawiły się w ostatniej zaprezentowanej kompozycji) idealnie dopełniały muzyczny i pozamuzyczny obraz samej Abrahamson.

Na początku podkreślono, że z racji utknięcia w Niemczech perkusisty zespołu, koncert będzie czymś nowym nie tylko dla tych, którzy Jennie przybyli posłuchać po raz pierwszy, ale i dla samego składu. Ta informacja nie wpłynęła jednak w żaden sposób na odbiór występu. Nie wiedząc o jakichkolwiek zmianach, można by pomyśleć, że to co zobaczyliśmy, było od początku do końca kolejnym standardowym występem na trasie, a nie reakcją na sytuację kryzysową. Jeśli bowiem Jennie Abrahamson tak dobrze wypada w okrojonym składzie (i zapewne nieco zmodyfikowanej trackliście), to wzrasta we mnie chęć zobaczenia Szwedów raz jeszcze – ze wszystkim, co zazwyczaj prezentują.

Nie ma więcej wpisów