Adele to jedna z najpopularniejszych wokalistek obecnego pokolenia. Nie dziwi młody wiek, w jakim sławę osiągnęła, ale sposób, w jaki ją uzyskała. Nie powieliła utartych schematów, lecz podbiła serca fanów autentycznością i największym atutem – potężnym głosem. Większa część debiutanckiego albumu artystki opierała się na soulowym wokalu z niewielką domieszką dodatkowego, czasem jazzującego, instrumentarium. Adkins niekiedy brzmiała niczym Amy Winehouse, ale widać było, że dąży do stworzenia własnego stylu, opartego na feelingu i rozpoznawalnej barwie głosu.

Na albumie „21” zdecydowanie większą rolę odegrała siła wokalu Adele, która napędzała takie hity jak „Set Fire to the Rain” czy „Someone Like You”. Znalazło się jednak kilka smaczków, w których Brytyjka udowodniła, że z soulowej formy bynajmniej nie wypadła („Rumour Has It” czy „I’ll Be Waiting”). Warto zauważyć, że „25” jest pierwszym studyjnym albumem artystki, na którym nie znajdziemy żadnego coveru. Zapewne nieistotny fakt można zinterpretować jako koniec pewnego rozdziału. Już nie potrzebuję na nikim się wzorować, dalej pójdę sama – zdaje się mówić. Czy aby jednak na pewno ma rację?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy odciąć się od całej medialnej otoczki, którą zaserwowano nam przy okazji premiery najnowszego albumu Adele. Od premiery „Hello” nie istniał dzień, w którym Adkins nie wylewałaby się z nagłówków artykułów na wszelkich możliwych portalach, nie tylko muzycznych. Nie sposób było doświadczyć chwili wytchnienia od atakującego zewsząd singla, skądinąd dosyć przeciętnego. Informacje o biciu kolejnych rekordów mogłyby zrodzić w głowie myśl, że Adele jest nową muzyczną boginią, która swoją innowacyjnością wytycza szlaki wszystkim wykonawcom dookoła. Nic bardziej mylnego. Prędzej to producenci, wraz z całym sztabem specjalistów od wizerunku, rysują Brytyjce ścieżkę, którą ma toczyć się jej dalsza kariera. Adele, trochę z winy całego medialnego bumu, straciła ogromną dozę autentyczności, czyli to, co tak bardzo do niej ciągnęło.

Zachowała jednak potężny głos. Wokal, który zdaje się być obdarzony cudotwórczą mocą. Z takiego daru trzeba umieć skorzystać. I akurat to Adele robi bardzo dobrze. Rytmiczny, chociaż mocno popowy „Send My Love (To Your New Lover)” zaskakuje świeżością. Za to „I Miss You” zachwyca nie tylko soulowym wokalem, ale całą warstwą muzyczną, z pierwszoplanowymi bębnami i wyłaniającymi się z tła klawiszami na czele. To jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, kompozycja na płycie. Na dłużej przyciąga też „Water Under the Bridge” z funkową gitarą i chórkami rodem z utworów Jessie Ware. Natomiast „Million Years Ago” i „When We Were Young” przypominają czasy debiutu, kiedy wśród instrumentów towarzyszących głosowi Adele przeważała gitara akustyczna. Ciekawym wyborem jest „Sweetest Devotion”, lekki w brzmieniu kawałek, który znalazł się na końcu albumu. Zazwyczaj trafiali tam kandydaci na singla, a powyższa kompozycja nie wydaje się być jednym z nich.

Jeśli dokładniej przysłuchamy się balladom, dojdziemy do wniosku, że aranżacyjnie daleko im do powtarzalności. Nużyć może jedynie podobny sposób budowania napięcia przez sam wokal. „Love In the Dark” ujmuje smyczkowym podkładem i nieco mroczną atmosferą, „River Lea” daje nadzieję na owocne połączenie organów i chóru gospel, skręcając jednak w zbędny patos. Ten jeszcze bardziej uwydatnia się w „All I Ask”, gdzie Adkins zupełnie niepotrzebnie wyciąga wysokie dźwięki. Podobnie dzieje się w singlowym „Hello”, ze spokojnym początkiem i wybuchem głosu w refrenie, który w późniejszej części utworu został dodatkowo powielony. Mało przekonywujące jest też „Remedy” oparte na podobnym jak „All I Ask” schemacie. Co prawda Adele jest mistrzynią w operowaniu głosem, ale często bliżej jej do krzyku niż do szeptu, który przecież w miłosnych balladach niesie ze sobą równie wielki ładunek emocjonalny.

Wygląda na to, że „25” jest albumem zachowawczym i bezpiecznym. Nie stanowi rewolucji w brzmieniu, ale tej chyba nikt się nie spodziewał. Nie wprowadza innowacji, brakuje na nim eksperymentów, ale mimo to nie jest do końca przewidywalny. Większość utworów kryje instrumentalne smaczki, które zaskakują z coraz to kolejnymi przesłuchaniami. Również wokal samej artystki ciągle potrafi zadziwić i wywołać ciarki na plecach. A przecież właśnie takich doznań po tym krążku, jak i po samej Adele, oczekujemy.

Nie ma więcej wpisów