music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis: Keaton Henson

Keaton Henson / fot. Radosław Kaźmierczak

Keaton Henson / fot. Radosław Kaźmierczak

Gdyby festiwal Ars Cameralis był człowiekiem to nazywałby się Keaton Henson. Działalność tego 27-letniego artysty obejmuje wszystkie dziedziny sztuki, które prezentuje śląska impreza. Jego poszukiwania sposobu na wyrażenie siebie sprawiają, że w efekcie otrzymujemy intrygujące rysunki, ciekawą poezję i poruszającą muzykę. Każdego z tych elementów można było na Ars Cameralis doświadczyć, jednak zimny piątkowy wieczór, o którym będzie mowa, należał przede wszystkim do wspartych słowem dźwięków.

Koncerty, oprócz tego, że są okazją do bezpośredniego spotkania z artystą, dają muzyce szansę wybrzmienia w kontekście nowej, ciekawej przestrzeni. Organizatorzy Ars Cameralis, którzy skrzętnie korzystają z szerokich możliwości jakie daje im Śląsk (bawić się można już było na przykład na terenie kopalni, klubów, muzeów), tym razem zaprosili widzów do kościoła ewangelickiego w Katowicach. Budynek ten znany jest bywalcom festiwalu Tauron Nowa Muzyka, gdyż odbywały się tu wydarzenia zamykające niektóre jego edycje (wyjątkowo miło wspominam występ Jamiego Woona). Nie da się ukryć, że miejsce to w dużym stopniu przyczyniło się do stworzenia wyjątkowego klimatu piątkowego koncertu. Naturalną w takich obiektach atmosferę lekkiej zadumy czy kontemplacji, potęgowało przyciemnienie nawy i rozświetlenie kolorami prezbiterium ze sceną. Wszystko to stanowiło idealne tło do sączącej się muzyki.

Godzinna podróż z Keatonem Hensonem okazała się – co niespodzianką nie było – wyjątkowo przyjemna i przyjęta przez pękający w szwach kościół ze sporym entuzjazmem. Henson to wrażliwy chłopak co wnioskować można nie tylko po rozedrganym falsecie („brzmi jakby miał się zaraz rozpłakać” – rzekła moja matka), lecz przede wszystkim po tekstach – prostych i trafiających w czuły punkt. Na scenie zaprezentował się z wiolonczelistą, tworząc z nim miły dla ucha duet, czy to grając na gitarze czy pianinie.

Jestem w stanie zrozumieć, że niektórych dźwięki te zaczarowały dokumentnie. Ja, choć daleka jestem od totalnej egzaltacji, przyznam, że było naprawdę bardzo dobrze. Przy „You” cały mój krytycyzm schował się do lasu, bo sprzężenie tekstu, wokalu i tej dramatycznej wiolonczeli zawsze mnie wzrusza. Z kolei zamykający zestawienie cover „Hallelujah” pozwolił mi odzyskać wiarę w ten, wyświechtany przez popkulturę, a niewątpliwie świetny utwór. Ponadto wszystko płynęło bardzo elegancko, Keaton nieśmiało rzucał uwagi o miłości do naszego kraju i z rozbrajającą szczerością tłumaczył się w połowie utworu zapomniawszy tekstu. To uzupełniło tylko jego obraz jako artysty totalnego – takiego co przebywa w troszkę innej rzeczywistości niż prosty ludek. Zaczarował pan Anglik tak, że chwilami zimna (dosłownie) rzeczywistość uciekała percepcji. I za te momenty jestem panu wdzięczna.
(Katarzyna Kowalik)

Nie będę twierdził, że występ Hensona poruszył mnie do głębi, że wywołał dreszcz. Nic z tego. I właściwie zastanawiam się dlaczego, skoro zaprezentowane przez muzyka utwory doskonale wpasowywały się w moje gusta, świetnie zgrały z przestrzenią kościelną. Może to zbyt niewygodne ławki, miejsce w dalekim rzędzie, które nie bardzo pozwalało na rzetelne przyglądanie się poczynaniom Brytyjczyka. Z drugiej strony wydaje się, że aspekty takie jak odległość od samego artysty i możliwość obserwacji nie powinny mieć wielkiego znaczenia – wszak Keaton Henson prezentował muzykę, którą powinno się chłonąć z zamkniętymi oczami, w skupieniu, zupełnej ciszy.

I tak najlepiej było to robić. Bo to kolejny z koncertów Ars Cameralis, gdzie bardziej od wizualnej oprawy koncertu liczy się treść. Słowno-muzycznego oczarowania trudno było odmówić fantastycznemu „You Don’t Know How Lucky You Are”, „Sweetheart”, „You” czy – doskonale oddającemu charakter miejsca i doboru dźwięków – „Hallelujah”. Zresztą wiele momentów tego występu (mimo oczekiwań słuchaczy zakończonego niestety bez wyjścia na bis) miało w sobie odpowiedni ładunek emocjonalny, aby na parę minut pochłonąć, nie puścić.

Ja widziałbym to inaczej: rozłożone materace i poduszki, aby wygodnie się na nich rozsiąść, delektowanie się czymś odpowiednim na tę okazję, winem na ten przykład. To tylko nic nie znaczące przypuszczenia, ale być może w takiej formie ten występ działałby jeszcze mocniej. A tak było po prostu ładnie – tylko i aż. Dla wielu jednak wydarzenie to było przeżyciem o wiele bardziej obfitym we wzruszenia. Po samym występie usłyszałem od jednego z uczestników, że to jeden z lepszych tegorocznych koncertów, zupełnie niezaliczanych przez niego do wydarzeń oczekiwanych, a jednak sprawiający wielkie zaskoczenie. A to właśnie chyba jedna z tych głównych cech festiwalu, która sprawia, że tak bardzo oczekuje się jesieni. Zazdroszczę wam tego Arsa - powiedział, zaznaczając, że do Katowic przybył specjalnie z Warszawy. Tak, po raz kolejny jest czego.
(Marek Cichoń)

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...