music is ... muzyka z najlepszej strony.

SpaceFest rośnie w siłę

Lights That Change / fot. Jarek Sopiński

Lights That Change / fot. Jarek Sopiński

Kolejna, piąta już edycja najbardziej hałaśliwego festiwalu na koncertowej mapie Polski dobiegła końca. W gdańskim Żaku przez dwa dni zaprezentowało się kilkunastu artystów, którzy pozwolili publiczności zatopić się w przestrzennych dźwiękach wszelkich odmian psychodelii. SpaceFest z każdą kolejną edycją rośnie w siłę i ma coraz więcej do zaoferowania.

Piątek otworzył reaktywowany po długiej nieobecności, trójmiejski zespół Folder, który specjalnie na tę okazję przygotował materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Red Lof” wydanej w 2009 roku oraz pierwszej EPki „Inside”. Ich występ można śmiało potraktować jako wizytówkę festiwalu. W niemal godzinnym koncercie zawarli wszystko to, co na SpaceFest można usłyszeć u każdej z kapel. Był melancholijny gitarowy hałas, transowa motoryka i co najbardziej charakterystycznej dla tej grupy, delikatny i chłodny zarazem wokal Asi Bielawskiej, otulony brzemieniem surowych i przestrzennych gitar. Materiał z debiutu nie stracił na świeżości i nadal potrafi zaintrygować bez zbędnego przearanżowania.

W ramach konkursu młodych kapel na festiwalu pojawił się również krakowski zespół Łotry, który zagęścił atmosferę. W ich muzyce brak łagodzącego pierwiastka, co wyraźnie dało się usłyszeć w kompozycjach prowadzonych przez linie basu. Przesterowany, zamglony wokal i warstwy gitar to klucz do ich muzyki. Chwilę później na tej samej scenie pojawiło się brytyjskie trio Lights That Change dowodzone przez Marca Joy’a, który chciał skumulować w tym projekcie swoje doświadczenia z długoletniej kariery producenta, inżyniera dźwięku i speca od masteringu. Ich brzmienie w dużej mierze oparte na przestrzennych, dreampopowych gitarach i łagodnym głosie wokalistki Mandy Clare nasuwa na myśl inspiracje Slowdive. Wydaliby się bardziej autentyczni, gdyby nie sztucznie brzmiący automat perkusyjny i samplowane brzmienia, sprawiającego wrażenie zbędnych ozdobników.

sf_dzien1 (9)

W tym samym czasie na małej scenie w kawiarni obok parkietem zawładnął Dr. Switchoff, czyli Danil Akimov – artysta dźwiękowy, kurator i DJ z Kaliningradu. Do tworzenia swojej muzyki wykorzystuje zepsuty sprzęt hi-fi, radzieckie syntezatory analogowe czy nagrania terenowe. Jeśli część z publiczności postanowiła opuścić koncert The Telescopes, to coś musi być na rzeczy. Ci z kolei pojawi się na scenie głównej i w zasadzie od pierwszych dźwięków utwierdzili w przekonaniu, że mamy do czynienia ze świadomymi muzykami. Umiejętne łączenie noisowo-dronowych brzmień, z hałaśliwą ścianą przesterowanych gitar, to efekt ponad 20-letniego doświadczenia. Stephen Lawrie doskonale rozumie się ze swoimi muzykami, co na koncertach daje się wyczuć niemal od początku. I choć organizatorzy SPaceFest unikają słowa headliner stawiając wszystkie kapele na równi, nie da się ukryć, że to właśnie oni byli najbardziej wyczekiwaną kapelą pierwszego dnia.

Żałuję, że nie było mi dane uczestniczyć w sobotnich koncertach, zwłaszcza, że zaplanowane na ten dzień występy zapowiadały się jeszcze ciekawiej. Z pewnością najciekawszym punktem programu był set Pure Phase Ensemble przygotowany pod wodzą Hugo Race’a czy koncert fińskiej formacji KAIRON;IRSE! SpaceFest kolejny raz udowodnił, że konsekwentnie podąża obraną 5 lat temu ścieżką, która buduje jego markę i jednocześnie dostarcza nieszablonowych muzycznych doznań.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...