music is ... muzyka z najlepszej strony.

Żubroffka: múm, JAAA! i inni

JAAA!

JAAA!

Żubroffka od zawsze muzycznie zaskakiwała. W Białymstoku w przeciągu ostatnich lat mieszał się rap (Tommy Cash) z alternatywą (DVA), techno (Zamilska) z żartem (Mister D). W tym roku postawiono na zderzenie klimatycznej elektroniki z wirującym w uszach basem. I, jak zwykle w wypadku białostockiego festiwalu filmowego, efekt końcowy okazał się znakomity.

Największa atrakcja, która przyciągnęła również gości spoza Podlasia, to z pewnością wytęp grupy múm. Koncert nietypowy, co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, do Kina Forum przyjechali jedynie założyciele islandzkiej grupy, Örvar Smárason i Gunnar Tynes, a po drugie, cały set składał się z improwizacji i, co najważniejsze, zagrany został w formie muzyki do filmu. Niemiecki wytwór kina niemego, „Menshen am Sonntag” to z pozoru zwykły obyczajowy film o życiu berlińczyków. Jednak cała jego siła tkwi w autentyczności ukazanych emocji, wynikającej z braku zaangażowania profesjonalnych aktorów. Zaproszono do współpracy kilkoro zwykłych ludzi. Dopiero oni umiejętnie przełożyli na język kina jedną niedzielę z życia międzywojennego pokolenia Niemców. Jednak to muzyka Islandczyków nadała filmowi należytego wydźwięku. Obraz zyskał dynamikę, a improwizacja Örvara i Gunnara pełniła rolę narracyjną. Minimalna elektronika połączona z eksperymentem zawsze múm wychodziła, więc tym razem nie mogło być inaczej. Artyści znakomicie zbudowali klimat. Podczas sielskiej przeprawy rowerem wodnym na pierwszy plan wysunął się dźwięk dudniącego pudełka, służącego jako bęben, a wyścigom głównych bohaterów towarzyszyły syntezatory. Nie czuć było dysonansu między muzyką elektroniczną graną na żywo a pojawiającym się w wielu ujęciach filmu starym gramofonem na korbkę. Eksperyment Islandczyków czasem przywodził na myśl zeszłoroczne dokonania Kiasmos, czyli minimalne techno z akompaniamentem klawiszy. Najwięcej tu jednak było klasycznego múm, z wyłączeniem wokalu, gitar, perkusji i smyczków oczywiście. Nawet w tak okrojonej formie Örvar i Gunnar zdołali dostarczyć mnóstwa wrażeń, tak, że po seansie przez długi czas nie mogłem wyjść z podziwu dla ich geniuszu.

Dzień później na festiwalu zadebiutował konkurs wideoklipów. Jak się później okazało, główną nagrodę zgarnął Flying Lotus z krótkometrażówką „FUCKKKYOUUU”. Zwieńczeniem pokazu miał być występ grupy JAAA!. Polskie trio, które niedawno zadebiutowało krążkiem „Remik”, okazało się objawieniem na polskiej scenie elektronicznej. I podczas koncertu udowodnili, że na takie miano zasługują. Na ogromny plus zaliczam oprawę wizualną. Przed muzykami wisiała półprzezroczysta płachta, na której wyświetlano animacje autorstwa Karoliny Głusiec. Dzięki temu artyści mogli poczuć się swobodniej, bo nie na nich skupiała się uwaga publiczności, ale też widzowie mieli szansę zakosztować mariażu psychodelicznego obrazu z awangardową muzyką. Zaskoczyła również dosyć oszczędna gra świateł. To zrozumiałe, bo nie one miały budować klimat. Ich użycie zostało ograniczone do minimum, wybuchały jedynie jako odpowiedź na mocny bas lub podczas bardziej energetycznych fragmentów setu. Popis umiejętności Marka Karolczyka, Kamila Patera i Mirona Grzegorkiewicza zakończyła niewymuszona improwizacja na bis. Warto zaznaczyć, że już w okolicach piątej minuty występu praktycznie cała publiczność dała się ponieść dźwiękom JAAA! i mniej lub bardziej dziko tańczyła pod sceną.

Dwa kolejne dni stały już typowymi klubowymi imprezami, które rozkręcały światowe sławy bassu (Aston Harvey z Freestylers, Schlachthofbronx), ethno-electro (nieco rozczarowujący set Clap! Clap!, w którym dźwięki world music zostały zepchnięte na daleki plan) i rave’u (Little Big). Swój udział mieli też Kró-LEWski Sound – dancehallowy kolektyw, który rozkręcił imprezę korzystając z sampli, hitów reggae, dub i klasyków muzyki elektronicznej (m. in. The Prodigy) oraz białostoczanin ukrywający się pod pseudonimem Auricom.

Organizatorzy Żubroffki jak co roku zdołali zadowolić wszystkich. Zarówno koneserów inteligentnej elektroniki, jak i miłośników gorących imprez. A przecież to wszystko było tylko dodatkiem do festiwalu filmowego. Ogromne wyrazy szacunku dla znakomitych artystów, którzy potrafili nie tylko oczarować, ale też porwać do tańca. Już teraz wiem, że za rok będzie co najmniej równie dobrze i ponownie zostanę pozytywnie zaskoczony imprezą spod znaku dzikiego żubra.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...