music is ... muzyka z najlepszej strony.

Neon-Indian-VINS

Neon Indian VEGA INTL. Night School

data wydania: 2015-10-16
wytwórnia: Mom + Pop/Transgressive

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Dawno, dawno temu, kiedy umysłów tumblrowej młodzieży nie zdominował w pełni vaporwave, istniał taki nurt jak chillwave, który muzycznie zresztą stworzył dość solidne fundamenty pod ten pierwszy. Ikonami tego drugiego natomiast stali się tacy artyści jak Toro Y Moi, Washed Out czy Neon Indian. I ten ostatni całkiem niedawno wypuścił swój trzeci album, VEGA INTL. Night School.

Okładka śmierdzi vaporem. Tym oldschoolowym, ale nadal. Na szczęście nauczono nas, że książki po okładce nie należy oceniać – i tutaj również byłby to błąd, bo „Vega INTL. Night School” jest najlepszym wydawnictwem Neon Indian. Przede wszystkim dlatego, że tutaj możemy odnaleźć chyba każdą możliwą odsłonę Alana Palomo. Jest dużo funku, dużo lo-fi, neopsychedelia, sporo dość wykręconej elektroniki, a to wszystko nadal w tym chillwave’owym klimacie. Bo poprzednie płyty, mimo że zawierały wiele spójniejszy materiał, to po prostu przelatywały. Kto pamięta o czymś ponad „Deadbeat Summer” czy „Polish Girl”?

Nie licząc introwego „Hit Parade”, starymi dokonaniami zalatuje numer otwierający płytę – „Annie”. Motyw główny brzmi wręcz jak wyrwany z wcześniej wspomnianego „Polish Girl”, na szczęście po chwili wjeżdża kompletnie inny wokal i trącająca reggae gitara, nadając temu utworowi bardzo przyjemny vibe. I to właśnie partie gitary wydają się być na tej płycie główną gwiazdą, bo prócz „Annie” podobne brzmienie wiedzie również prym w „61 Cygni Ave”, również trącając reggae, co w połączeniu z syntezatorami i lo-fi klimatem przywołuje na myśl elektroniczne, post-punkowo/new wave’owe granie. Tak się robi oldschool! Andy Summers by się nie powstydził.

„Smut!” za to jest bardzo dobrym przykładem future funku i pokazuje, że Palomo dalej nie boi się eksperymentowania (przebijające się gdzieniegdzie sample). Miłym dla ucha dziwactwem trąci „C’est La Vie”. Dla fanów starszych dokonań Neon Indian natomiast z czystym sercem można polecić utwory takie jak „The Glitzy Hive” i „Slumlord”. Z wartych uwagi mamy jeszcze najbardziej chillowy numer 2015 roku, czyli „Baby’s Eyes” brzmiący, jak gdyby przez duszę Alana przemawiało Pink Floyd zasłuchane w nowoczesnej elektronice. Jednak najciekawszym utworem z tej płyty jest definitywnie „Bozo”, brzmiący bardziej jak UK garage i będący zupełnie z innej bajki.

Największą siłą tego albumu jest to, że jego się słucha. To płyta, która nie przemija niezauważona, bo chyba tylko do wybitnie niewrażliwych uszu nie dotarłoby to, co wyrabia się chociażby w kilku krótkich formach na ”VEGA INTL. Night School”. Neon Indian wyeliminował w końcu swój największy problem – monotonność. Bo o ile z wcześniejszej twórczości pamiętam tylko wspomniane już na początku dwa kawałki, tak „VEGA INTL. Night School” do zapamiętania nadaje się w całości.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...