music is ... muzyka z najlepszej strony.

Olandra

Olandra / mat. prasowe

Olandra / mat. prasowe

W czasach kiedy wszystko jest szybkie (aż za szybkie) otrzeźwienie przynosi soul, albo slow, jak kto woli. A co oznacza slow w muzyce? Bardzo ładnie zaprezentuje wam Ola Woźniak, która zdecydowanie zwalnia i robi to tak pięknie, że (teraz to wiem) nie sposób nie uwierzyć w szczerość jej utworów.

Słuchając pierwszy raz Olandry dałam sobie parę sekund. Tak, tylko parę sekund (kajam się!), ale żyjąc w pośpiechu pomyślałam: kto jeszcze słucha takiej muzyki? I wtedy dopadł mnie refren utworu „Night Watch”: There is no point in demons coming out this day…, który jak mały uparty chochlik zagnieździł się w mojej głowie na parę kolejnych dni. Wtedy właśnie uwierzyłam.

Olandra ma za sobą już sporą drogę. Skrupulatnie też i ambitnie pracuje na rozpoznawalność swojej marki dając ludziom po prostu szczęście. A szczęście w jej przypadku objawia się dźwiękiem skrzypiec (zasługa Kasi Januszewskiej), wiolonczelą (zasługa Małgosi Szulim) i głosem tak dobrym, że przywodzi na myśl wielkie diwy, choćby wskazywaną nieraz jako najbliższa konotacja – Reginą Spektor. Jak brzmi dokładnie owo szczęście możecie się przekonać odsłuchując wspomnianego „Night Watch”, „Asmodeus”, „Pieces of Ice”, czy po prostu wybierając się na jeden z koncertów Olandry. Gorąco zachęcam.

Kim jesteś?
Przede wszystkim wokalistką i piosenko-pisarką… Dziewczyną z pianinem i gitarą w tle. Coraz bardziej idę też w stronę realizacji dźwięku i produkcji muzyki, chcąc być w pełnej kontroli procesu powstawania muzyki.

Co i w jaki sposób tworzysz?
Piosenki opowiadające różne historie, oparte na połączeniu dźwięku głosu i pianina. Czuć w nich oddech muzyki skandynawskiej, szczyptę jazzu, jak i nawiązania do niespiesznych, akustycznych brzmień. Dziennikarze muzyczni opisywali ją jako dream pop, czy też indie-folk, ale tak naprawdę jest to wielka mieszanka różnych gatunków muzycznych.

Własne utwory zaczęłam pisać pod koniec 2012 roku. Ich bazą jest pianino, na którym sobie akompaniuję, czasem gitara. Po pewnym czasie nawiązałam współpracę z fantastycznymi muzyczkami – grającą na wiolonczeli Kasią Januszewską i skrzypaczką Gosią Szulim. Dziewczyny mają świetny zmysł aranżacyjny i „czuły” utwory. Rok temu sporo koncertowałyśmy z akustycznie zaaranżowanym materiałem na skrzypce, wiolonczelę, pianino i wokal. Właśnie wtedy zaczęłyśmy być rozpoznawalne na warszawskiej scenie muzycznej. Jednak w pewnym momencie pomysły zaczęły się wyczerpywać… Uznałam, że chciałabym uzyskać trochę inne brzmienie, dodać perkusję i wykorzystać ciekawe efekty związane z produkcją. Potrzebowałam także chwili skupienia i spokoju na napisanie nowych piosenek. Stąd kilka miesięcy przerwy w intensywnym koncertowaniu, które okazały się jednak bardzo owocne. W tym czasie przeprowadziłam się też do Anglii, gdzie zgłębiam tajniki songwritingu i produkcji muzyki. Poznałam tu świetnych muzyków, którzy z entuzjazmem (którego się na początku w ogóle nie spodziewałam) zaproponowali pomoc w nagraniu nowego materiału. Jesteśmy właśnie w trakcie nagrań, których efektem będzie EP-ka, jaką mamy zamiar wydać – jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli – na początku nowego roku.

Kim/czym się inspirujesz?
Trudno wskazać jedną inspirację, bo słucham bardzo zróżnicowanej muzyki. Od jazzu, alternatywnego popu, rocka po fado i musical. Jedne z ważnych dla mnie nazwisk, muzycznych „kamieni milowych”, to Jeff Buckley, Nina Simone, Tori Amos, Leonrad Cohen, czy Grzegorz Turnau. Ostatnio jestem też zakochana w muzyce i tekstach Laury Marling. W dużej mierze inspiruje mnie także literatura, która podobnie jak muzyka, towarzyszy mi od dziecka, bo odkąd przeczytałam „Harry’ego Pottera”, jestem nieuleczalnym molem książkowym. Jednak kreatywność pobudza we mnie każda dziedzina sztuki: teatr, taniec, film, czy wystawa malarska. Staram się chłonąć tego jak najwięcej i… „łączyć kropki”. Sztuka nie powstaje w próżni! Ważne jest też po prostu uważne przypatrywanie się rzeczywistości, inspiracja czai się wszędzie.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w tworzeniu muzyki?
Autentyzm i emocje. Aspekt… leczniczy muzyki? Przynajmniej dla mnie, muzyka była zawsze swojego rodzaju terapią. Staram się pisać tak, żeby słuchacze mogli zidentyfikować się z utworami, aby „poruszały duszę”. Cenne są takie piękne momenty zagubienia się w dźwiękach, przeniesienia na chwilę w inną sferę.

Jeśli nie muzyka to…?
Kiedyś powiedziałabym, że zostanę (śpiewającą) pani doktor, ale porzuciłam tę ścieżkę edukacji na rzecz muzyki. Kto to wie! Na razie na to pytanie odpowiada mi tylko „sound of silence”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...