music is ... muzyka z najlepszej strony.

BOKKA: „Nasza koncepcja z założenia odgradza nas od pustej popularności”

BOKKA / fot. Filip Blank

BOKKA / fot. Filip Blank

BOKKA, polska grupa składająca się z zamaskowanych muzyków, debiutowała w 2013 roku. Popularność zdobyli głównie za sprawą pierwszego singla „Town of Strangers”, który doceniony został przez takie magazyny jak chociażby Pitchfork. W październiku tego roku ukazało się drugie wydawnictwo zespołu zatytułowane „Don’t Kiss And Tell” promowane utworem „Let It”.

W wywiadzie rozmawiamy o nowym krążku, zmianie podejścia do muzyki, stosunku do innych zespołów w Polsce, które chciałby zastosować kamuflaż sceniczny, o wodzie sodowej, czy wreszcie o tym, dlaczego utwór „What a Day” został wydany jedynie jako bonus track…

Kilka koncertów trasy promującej „Don’t Kiss And Tell” już za Wami. Porównując materiały – w którym czujecie się na scenie lepiej – z nową energią czy raczej przeważa warstwa sentymentalna do pierwszego albumu?

Pierwsza trasa z nowym materiałem to dla nas czas weryfikacji. Prawie po każdym koncercie wprowadzamy drobne poprawki w kolejności. To od niej zależy atmosfera koncertu i nasze poczucie na scenie. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć na próbie. Ostatnio udało nam się w tej układance “nowe-stare” zbliżyć do ideału.

Będąc na Waszych koncertach zauważyć można było, że na przestrzeni czasu zmieniliście podejście do muzyki i zaczęliście podążać w kierunku bardziej energicznym. Było to zamierzone działanie czy całkowita spontaniczność?

To była potrzeba. I jak się później okazało naturalna droga naszego rozwoju. Zagraliśmy naprawdę sporo koncertów po pierwszej płycie. Ciężko jest utrzymać ten sam poziom zapału, grając numery w niezmienionej formie po raz n-ty. Nie dopuszczamy do głosu rutyny, jeśli w którymkolwiek kawałku czujemy spadek emocji natychmiast ustawiamy próby i kombinujemy, żeby na nowo odczuwać zajawkę. Ciągnęło nas w stronę energii, od publiczności dostawaliśmy sygnały, że podoba im BOKKA podążająca w tym kierunku, więc z rozpędu przenieśliśmy tę energię do studia i na nowy album.

Przez wielu fanów, krytyków, utwór “What a Day” został okrzyknięty najlepszym numerem, który do tej pory stworzyliście. Dlaczego nie trafił on do podstawowej wersji albumu?

Chyba chcieliśmy po prostu dać ludziom jak najwięcej nowych numerów. “What a Day” gramy na koncertach od półtora roku, poza tym idealnie pasował nam właśnie jako bonus do edycji specjalnej. A warto ją nabyć nie tylko ze względu na zawartość dodatkowych numerów, ale i analogową animację okładki, z której jesteśmy bardzo dumni.

W trakcie sesji nagraniowej „Don’t Kiss And Tell” napisaliście wiele utworów, które później poddaliście selekcji (jeśli tak, to czy planujecie opublikować niewydane piosenki) czy bardziej mieliście w głowach zwarty zarys, koncepcję płyty?

Czasem powstają takie numery, które świetnie funkcjonują jako osobne byty, ale z niewiadomych przyczyn nie kleją się z całością. Nie należy więc ich wciskać na siłę, bo to burzy spójność albumu, która jest dla nas szalenie istotna. Być może za jakiś czas ujawnimy je na żywo, tak jak po pierwszej płycie zrobiliśmy choćby z utworem “Wait For It”, czy wspomnianym “What a Day”.

Co wyobrażacie sobie podczas tworzenia muzyki, grania koncertów?

Kosmos.

Można powiedzieć, że jesteście prekursorami stosowania kamuflażu scenicznego na polskim rynku muzycznym. Mielibyście coś przeciwko, gdyby w Polsce powstał nowy zespół o podobnej polityce?

Nie mielibyśmy. Ale pewnie nie byłoby mu łatwo funkcjonować w tej estetyce, bo narażony byłby na zarzuty, że to już na pewno zabieg marketingowy a nie idea wysunięcia muzyki na pierwszy plan. W naszą stronę też padały takie podejrzenia, bo kiedy coś się udaje trudno jest uwierzyć, że nie jest podszyte zwykłą żądzą popularności. Sami jesteśmy zaskoczeni jak duży odzew miał nasz eksperyment i próba zaistnienia na zasadach “anty-promocji”. Czasem warto jest się sprzeciwić, zrobić coś, co z założenia nie ma szansy powodzenia. I później odkryć, że są ludzie, którzy poszukując w muzyce prawdy, nie zdają się na radio i telewizję, tylko szukają sami w internecie i dzielą się swoimi odkryciami z innymi. Dzięki nim jesteśmy dzisiaj w bardzo fajnym miejscu.

Wasze pierwsze maski były bardzo oryginalne i nieco zabawne. Jak wpadliście na ten pomysł. Sami je wykonaliście? Skoro ich już nie używacie to może podarujecie mi jedną?

Pierwsze maski były nawiązaniem do okładki pierwszej płyty, na której widniała dziewczyna trzymająca lusterko na wysokości twarzy. Pomysł na maski podpowiedział nam znajomy, Y zrobiła prototyp z kartonu i zaniosła do Haliny Mrożek, z którą w kwestii masek i kombinezonów współpracujemy do tej pory. Chyba urzekł i rozbawił ją nasz koślawy projekt, bo pomogła nam go wtedy zrealizować. Teraz mamy już trzecie maski, a poprzednie trzymamy dla potomności. Może kiedyś wstawimy je do muzeum. (śmiech)

BOKKA została pozytywnie odebrana, czego dowodem jest chociażby wydanie dwóch albumów. Spodziewaliście się tego, czy bardziej miał być to chwilowy projekt?

Nikt z nas się nad tym na początku nie zastanawiał. Niczego też się nie spodziewaliśmy, więc wszystko, co wydarzyło się później było dla nas totalnym zaskoczeniem. Startowaliśmy tylko z piosenką i teledyskiem. Skrępowaliśmy ręce wytworni nie dając jej żadnych informacji o zespole i na dzień dobry odmówiliśmy udzielania wywiadów. Każdy inny wydawca pewnie popukałby się w głowę i odesłał nas tam, skąd przyszliśmy. Ale Robert Amirian nie jest typowym wydawcą, jest przede wszystkim szalonym zajawkowiczem, wizjonerem i uwielbia nieszablonowe wyzwania, więc nie mogliśmy lepiej trafić.

Wielu artystom po osiągnięciu sukcesu uderza woda sodowa do głowy. Nie boicie się, że po niewątpliwym sukcesie Waszego projektu jesteście na to narażeni?

Nasza koncepcja z założenia odgradza nas od tej pustej popularności, która najczęściej przewraca ludziom w głowach. My cenimy sobie naszą prywatność, staramy się podchodzić do życia z pokorą i skupiać na tym, żeby być coraz lepszym zespołem. Mamy wielkie plany i marzenia, mamy świetną ekipę, dzięki której wszystko zdaje się być możliwe. Czasem tylko jesteśmy niecierpliwi, bo wszystko chcielibyśmy mieć już, a pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. Ale nawet jeśli poprzewraca nam się w głowach to i tak nikt nie będzie o tym wiedział. (śmiech)

Myśleliście o tworzeniu polskojęzycznych utworów?

Nie. Angielski jest językiem uniwersalnym. Wydaje się, że nikomu to nie przeszkadza poza stacjami radiowymi, które niechętnie grają polskie zespoły śpiewające w tym języku. To zapewne wynik niefortunnie skonstruowanej ustawy, która powinna narzucać radiowcom puszczanie określonej ilości muzyki polskiej, tymczasem narzuca “po polsku”. Czasy się zmieniają, granice otwierają, polska muzyka chyba nigdy nie miała się tak dobrze jak teraz, a wśród nich pewnie co najmniej połowa tworzy obecnie po angielsku. Fajnie by było, gdyby język przestał mieć w muzyce aż takie znaczenie. Jakoś nikt nie zarzuca Szwedom, że nie śpiewają po szwedzku.

Jeżeli musielibyście wybrać tylko jedną opcję: Coachella czy Glastonbury?

Coachella. Wiadomo.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...