music is ... muzyka z najlepszej strony.

Nicola Cruz / mat. prasowe

Nicola Cruz Prender el Alma

data premiery: 2015-10-30
wydawca: ZZK Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 7 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

W ciągu roku na całym świecie wydaje się niezliczoną ilość albumów. Przy grudniowych podsumowaniach często człowiek orientuje się, że nakładem mniejszych lub większych wytwórni ukazało się mnóstwo wartościowego materiału, o którym nie miało się zielonego pojęcia. A przecież wszelkie zestawienia krytyków, ograniczają się z reguły do Europy zachodniej, Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Australii. Niekiedy warto jednak wyjść o krok dalej i zobaczyć, że poza wymienionym kręgiem kulturowym też istnieje fantastyczna muzyka.  Dlatego właśnie na koniec roku należałoby przedstawić brzmienia prosto z Andów, a dokładniej Ekwadoru, które na swojej płycie zawarł Nicola Cruz. Na płytę tę czekałam z niecierpliwością, odkąd z otchłani Bandcampa wydobyłam małą argentyńską wytwórnię ZZK Records. I co tu dużo mówić, nie zawiodłam się.

Nie pomylę się chyba, stwierdzając, że pierwszym muzycznym skojarzeniem związanym z tymi rejonach świata jest nieśmiertelne „El Condor Pasa”. Melodia znana i możliwe, że już wyświechtana, niemniej wciąż zachowuje atmosferę górskich przestrzeni i pewnej bliskiej łączności z naturą – głównie za sprawą rzewnego brzmienia fletni pana. Teraz wyobraźcie sobie, że takie klimaty zostają zinterpretowane przy pomocy możliwości jakie dają nowe technologie. Efekt jest co najmniej intrygujący. To muzyka oscylująca pomiędzy ambientem a IDM-em, nie stroniąca od wycieczek w stronę downtempo, ale mocno osadzona w ekwadorskiej tradycji. Sam Cruz nazywa to, co tworzy mianem andes step, i rzeczywiście – jest to mieszanka na tyle unikatowa, że na własną etykietkę w pełni zasługuje.

Co zatem sprawia, że słuchając „Prender el Alma” ma się wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym? Przede wszystkim wspomniana już fuzja elektronicznych brzmień z prawdziwym duchem rdzennego Ekwadoru. Pierwsze dźwięki otwierającego album „Sanación” są jak zaproszenie do wejścia w tajemniczy, mistyczny świat. Tu pohukiwania, tam szum wody, a po chwili w tą przestrzeń wpleciona zostaje gitara akustyczna i subtelna linia basu, tworząc pulsującą zaraźliwym rytmem całość.

Tradycyjne i współczesne motywy przeplatają się, uzupełniając się wzajemnie, dając wrażenie spójnej, przemyślanej całości. Po kilkunastu przesłuchaniach wciąż robi na mnie wrażenie to, jak inteligentnie te warstwy są ze sobą połączone. „La Mirada” brzmi jakby do ekwadorskich lasów wysłać złagodzone Massive Attack (gdzieś w czasach „Karmacomy”). „Colibria” z kolei, to bujające downtempo z mocno basową końcówką. Ciekawym komponentem są też towarzyszące niektórym utworom kobiece wokale. Dzięki temu wdzięku nabiera choćby utwór „Equinoccio”, niesiony tanecznym, wręcz rytualnym rytmem cumbii. Splecione w tym utworze głosy przywodzą na myśl najlepsze momenty duetu Ibeyi.

Nicola Cruz na swej debiutanckiej płycie zaprasza na wyprawę w rodzinne strony. Wraz z dźwiękami każe przedzierać się przez tropikalne lasy czy wdrapywać do wiosek pod wulkanem, ale jakże odświeżająca jest to podróż! „Prender el Alma”, przez złamaną elektroniką formę, łatwiejszą do strawienia niż typowe world music, daje możliwość dotknięcia innej kultury: bo Cruz z jednej strony czerpie garściami z folkloru, a z drugiej ma ambicję podążać śladem Nicolasa Jaara (który notabene pochodzi z Chile). Nie twierdzę jednak, że ta płyta spodoba się każdemu. Momentami może zdać się zbyt nużąca i trzeba się będzie w nią wgryźć, by docenić subtelne zabiegi czynione przez autora. Ale niezmiernie polecam dać jej szansę, bo być może oddychanie andyjskim powietrzem wyjdzie wam jeszcze na dobre.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...