music is ... muzyka z najlepszej strony.

Rycerzyki

Rycerzyki Rycerzyki

data wydania: 2015-09-20
wydawnictwo: Stajnia Sobieski

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Album „Rycerzyki” nie jest wydawnictwem, które można by brać jako luźną zbieraniną pomysłów. A jednak zarówno pod względem brzmienia, jak i spraw wokalno-tekstowych, można tu wyróżnić parę przemyśleń i koncepcji, które ostatecznie skończyły powiązane instrumentalnym sznytem – z powodzeniem, na szczęście. Bo krakowski sekstet należący do kolektywu Stajnia Sobieski, choć może nie nagrał albumu mieszczącego się w czołówce wydawnictw tego roku, to z pewnością stał się projektem, którego zauważenie jest ważne.

Najciekawszym punktem pozostaje tutaj sprawa językowa, pewna polsko-angielska batalia, która mimo jednego zwycięzcy, pozostawia nadzieję na inne rozwiązania w przyszłości. Chociaż uniwersalizm angielskiego nad innymi językami jest znany, tak w przypadku Rycerzyków zalecałbym ostrożność. Bo o ile przy debiucie ten dualizm wydaje się całkiem zgodny z całym charakterem tej płyty zapisanym w dźwiękach, tak kiedyś w końcu będzie trzeba wybrać. Ten wybór nie musi być oczywisty, choć na podstawie przedstawionego materiału nie trudno powiedzieć, w której wersji grupa wypada korzystniej.

Przerzucenie się w wielu momentach na język obcy daje rezultaty różne: od utworów ciekawych, w pełni przyswajalnych („Hounds”), poprzez te działające raczej ze względu na warstwę muzyczną („Rimemba”, „Mating Season”, „Lunette”), aż do nie odnajdujących się w takiej konfiguracji brzmieniowej („Trampled Flowers”). Okazuje się, że to już nie tyle tylko kwestia samych ćwiczeń z posługiwania się językiem (bo nad wymową – z jednej strony niezrozumiałą, z drugiej starającą się wypaść nadzwyczaj wyraźnie, czyli nienaturalnie – trzeba jednak popracować), co zwyczajnie dźwięcznego przenikania się materiału.

I to właśnie tutaj ta zawiłość i rożnorodność, elastyczność polskiej mowy daje o sobie znać najbardziej. Gosia Zielińska pokazuje, że potrafi pisać historie, a jej marzycielskie teksty – nawet jeśli czasem gubiące sens i nagle zmieniające kierunek – zachęcają do ich samoistnego wyśpiewywania, czego dobitnym przykładem „Ławice” czy „Lotta”. Innym jest, że otwierający album „Lentilki”, czyli wytwór wymyślnych sylab i głosek, brzmi jak wyrwany z kolorowego i głośnego przedstawienia dla najmłodszych. Tym samym porywa pewną naiwnością i bajkowością, które powracają w najciekawszych momentach tego albumu, stając się niejako patronami całości. Jednak ten młodzieńczy czar proponując z jednej strony zabawę, a z drugiej powagę, zdaje się być jednocześnie dziwnie dojrzały. Wszystko spowodowane jest samą stylistyką wpadającą po części w nurt gitarowej alternatywy po roku dwutysięcznym, a jednocześnie czerpiącym ze sposobów komponowania A.D. 2015. To ciągła mieszanina, ścieranie się wrażeń.

I zupełnie nie ma z tym problemu dopóki same kompozycje w jakiś sposób nas ujmują, a ta aura niecodzienności ma miejsce przy równoczesnym proponowaniu jakiegoś przyziemnego celu, który w grze Rycerzyków jest obecny. W podobny sposób na „Krzyku” nabierała nas Iza Lach, od jakiegoś czasu karmią nas tym Pustki czy Mela Koteluk, która operując lekkością popowej melodyki pragnie przekazywać coś więcej – czymkolwiek by to nie było. I jak to zwykle przy takiej materii bywa, obok kolejnych mocnych punktów („Dobranoc” czy „Lunette”) trafiają się tu pewne niezbyt lotne pomysły – jak „Mary” czy „Wroty”, która ucieka się do bycia niespójną kabaretowo-teatralną przyśpiewką ze zwiewnym refrenem. Ale gdy tylko Zielińska rozpoczyna „Lottę” od bezpretensjonalnego stwierdzenia na moim podwórku zawsze wieje wiatr, wśród ciepłych traw i liści znów się będę snuć, trudno nie rozpamiętywać tylko tych dobrych, urokliwych stron tego wydawnictwa. I tak chyba powinno zostać.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...