music is ... muzyka z najlepszej strony.

Marcelina: „Udało mi się osiągnąć cel jaki sobie wyznaczyłam”

Marcelina // mat. prasowe

Marcelina // mat. prasowe

Całkiem niedawno na sklepowe półki trafił nowy krążek Marceliny pt. „Gonić Burzę”. Krążek pełen gitar, analogowych brzmień i tekstów uplecionych wprost z myśli krążących na co dzień w głowie samej autorki, wciągający jak pełna akcji książka. Z tego powodu spotkałyśmy się z Marceliną w jednej z warszawskich kawiarni aby na spokojnie porozmawiać o tym jak wyglądało nagrywanie najnowszej płyty. Skąd wziął się pomysł na pójście w stronę analogowych brzmień, na ile muzyka pozwala uwolnić się od złych emocji, jak oddziałują na Marcelinę otaczające ją bodźce i jakie książki ostatnio zagościły na półkach artystki? Wszystkiego dowiecie się z naszej rozmowy.

Na wstępie chciałam Cię zapytać o warstwę liryczną Twojej twórczości. Całkiem niedawno rozmawiałam z Natalią Grosiak, która podczas rozmowy wspomniała o Tobie i o pomocy udzielonej przy pisaniu tekstów. Jak to było na początku?

Marcelina: Początkowo miałam duży problem, żeby się w tekstach otworzyć. Pierwsza płyta przyszła do mnie zupełnie nieoczekiwanie, nie czułam się w pełni gotowa żeby ją nagrać, ale dostałam propozycję od wytwórni, na którą się zgodziłam, więc pojawił się pewien nacisk. Zaczęłam nad tym wszystkim głębiej myśleć, nawet zostały mi zaproponowane osoby, które te teksty mogłyby dla mnie napisać, ale po pierwsze – uniosłam się ambicją, a po drugie – bałam się, że obcy ludzie nie będą w stanie napisać czegoś, w czym będę w zgodzie. Tekst to dla mnie dość intymna sytuacja i nie chciałam doprowadzić do tego, że powstanie coś, pod czym nie będę umiała się podpisać. Zresztą teksty zawsze były dla mnie niezwykle ważne w muzyce i lubiłam artystów, którzy sami dla siebie piszą – wydawało mi się wtedy, że taki artysta jest kompletny. Natalię poprosiłam o pomoc, bo się przyjaźniłyśmy i zawsze podobały mi się jej teksty. Zawsze też lubiłam zespół Mikromusic i ich twórczość, zresztą pierwsze własne piosenki komponowałam także z Dawidem Korbaczyńskim, który wraz z Natalią jest trzonem grupy. Czułam że pisanie nie zawsze idzie w kierunku, w którym chcę, dlatego zwróciłam się do Natalii o pomoc i pierwszy tekst napisała mi sama. Potem już konsultowałam z nią własne utwory, w których czasem coś tylko korygowała. Zauważyłam wtedy, że słysząc muzykę wiem o czym chcę napisać, więc podświadomie narzucałam sama temat. Poczułam się po tej pierwszej płycie na tyle pewnie, ze na kolejne wydawnictwo, którym była EP-ka napisałam już teksty sama. Później był konkurs na piosenkę o Wrocławiu, projekt Panny Wyklęte, druga płyta, trzecia… Teraz już nawet nie pamiętam – śmieję się z tego w zasadzie, bo nie wiem jak mogłam powiedzieć, że ja tych tekstów nie umiem pisać. Teraz jest to jedna z bardziej przyjemnych czynności podczas tworzenia całego albumu.

Podobno nosisz ze sobą notes, w którym zapisujesz myśli, fragmenty tekstów…

Marcelina: Tak, cały czas coś notuję, cały czas wsłuchuje się, staram się też ostatnio dużo czytać, bo widzę, że się strasznie opuściłam. Jednak słowo i czytanie lepszych od siebie ludzi, bo to są mistrzowie jeżeli mówimy o autorach których książki mam na półkach, bardzo mi pomaga kiedy przychodzi moment, w którym sama muszę sięgnąć po długopis. W zasadzie samo słuchanie ludzi czy audycji radiowych, w których wychwytuje czasem zdania bądź zlepki słów, które staram się notować, potem okazują się bardzo pomocne.

Nie bałaś się pisać po polsku? Bo wiesz, dużo artystów, szczególnie młodych, ucieka w język angielski bo on jest bezpieczniejszy.

Marcelina: Bezpieczny to raz, bo faktycznie można sobie popuścić wodze fantazji i tak się nie spinać o czym właściwie mówi ta piosenka, a to duże ułatwienie. Ale ta ucieczka wynika także z tego powodu, że język angielski jest bardzo śpiewny. Ponadto inspirujemy się często muzyką z zachodu, więc jak śpiewamy po angielsku to automatycznie wydaje nam się to takie światowe. Nie bałam się nigdy pisania po polsku – po pierwsze lubię wyzwania, i to było dla mnie jedno z większych, a po drugie – jak już napisałam kilka pierwszych tekstów po polsku to też rozkochałam się w tej trudności. Tak naprawdę język polski daje nam szersze pole do popisu – jest to język, którego słucham, posługuje się nim na co dzień, który ma nieco kanciastą formę, ale ma w sobie pewnego rodzaju śpiewność. Także z polskojęzycznego tekstu satysfakcja jest większa – cieszy mnie to, że udało się opowiedzieć coś, co nie jest tak zawoalowane, czego ludzie nie muszą się domyślać.

Jak już mówimy o wyzwaniach, to chciałam poruszyć temat duetów. Masz już ich trochę na koncie – z raperami, z Piorem Roguckim, Happysad… Traktujesz to trochę jak wyzwania? Co zrobisz jak ktoś Ci zaproponuje duet z jakąś metalową albo hardcorową kapelą? Też zaryzykujesz?

Marcelina: Najważniejsze są dla mnie własne projekty. Teraz pracowałam nad płytą, niedawno ona wyszła, jesteśmy w trakcie trasy koncertowej, więc jestem bardzo skupiona na promocji. Dużo duetów pojawiło się w takich momentach kiedy byłam pomiędzy etapami tworzenia własnych rzeczy, więc z nich korzystałam, bo one wydarzały się zawsze spontanicznie, to nigdy nie były zaplanowane sytuacje. Raz, że czasami jest to dla mnie fajne zadanie czy wyzwanie – tak było właśnie przy duecie z Happysad, gdzie byłam po pierwszej płycie i było to dla mnie niezwykłe, że zespół który już bardzo długo istnieje, którego słuchałam, zwrócił się właśnie do mnie, z propozycją zaśpiewania na ich najnowszej płycie. Potraktowałam to jako swego rodzaju wyzwanie, ale także nobilitację. Kryterium doboru artystów do duetów to była zawsze spontanicznie pojawiająca się myśl, gdzie spotyka się dwoje ludzi, artystów z dwóch światów, którzy tworzą razem coś spójnego i fajnego. To nie jest tak, że był hip-hop, był rock to teraz metal, a potem będzie jazz. My się po prostu spotykamy na różnych scenach i raz zażre, a raz nie. Czasem nie ma po prostu tej chemii między ludźmi i to jest całkowicie naturalne, tak jak zaprzyjaźniamy się z jednymi, a z innymi nie. Tak samo te współprace wynikają ze wspólnej chęci i przepływu twórczej energii. Także nie mam pojęcia co się jeszcze wydarzy, ale najważniejsze jest dla mnie, żeby się z tym dobrze czuć.

Już wspomniałaś o nowej płycie „Gonić Burzę”, która ukazała się w październiku – czytasz recenzje swoich płyt?

Marcelina: Tak, zawsze kiedy już mam to pudełeczko, to zastanawiam się jak inni je odbiorą. Sama zupełnie do tego nie mam dystansu, wiem ile przeżyć się wiązało z albumem, jaka była historia każdej piosenki, jakie emocje jej towarzyszyły. Dlatego zawsze jestem ciekawa jakie jest odbicie tego w ludziach, którzy kompletnie nie mają pojęcia o procesie i okolicznościach powstawania tych utworów. To dla mnie zawsze bardzo cenne informacje, chociaż jeżeli mowa o dziennikarzach to nie zawsze ta rzetelność jest zachowana. Kiedy jest to krytyka konstruktywna, to oczywiście biorę ją pod uwagę. Aczkolwiek milo jest usłyszeć, że materiał został odebrany tak jakbym tego chciała, że zostały docenione rzeczy nad którymi długo pracowaliśmy. To, że ludzie doceniają teksty, że poszłam gdzieś do przodu – takie słowa uskrzydlają i pokazują, że nadal warto to robić i trzymać się obranego kierunku.

Na tej nowej płycie jest bardziej analogowo, to ten kierunek chcecie teraz obrać, nie wolisz pozostać przy tym, co teraz jest „modne” – wplatać w muzykę elektronikę?

Marcelina: Mody są różne, ale to nie znaczy, że trzeba za nimi podążać. Natalia Przybysz nagrała ostatnią płytę na setkę i płyta jest świetna. Kiedy mówimy o tworzeniu i o modzie to każdy wybiera to, co jest mu najbliższe, a równocześnie miesza to z tym, co sam dobrze czuje. Zawsze czułam się dobrze w żywym graniu z zespołem. Przy pierwszej płycie zaufałam producentowi i trochę elektroniki się na niej znalazło, ale miałam potem problem podczas koncertów. Najbardziej lubię kiedy muzyka jest do zagrania nawet z gitarą, bo dla mnie najważniejsze były zawsze piosenki – żeby były ładne, proste – nie prostackie, z dobrą melodią i mocnym tekstem. To właśnie na tym się skupialiśmy z moim gitarzystą Robertem Cichym, który już jest sprawdzonym muzykiem i producentem, bo od pierwszej płyty pracujemy razem. Przy nagrywaniu nowego albumu korzystaliśmy z pomocy Janka Komara, który użyczył nam studia i dobrych rad, ale też zrobiliśmy całość od a do z sami. Z tego jestem najbardziej dumna. Dużo jest tam mojej pracy, naszych inspiracji, naszych pomysłów, które mieliśmy czas przemielić sobie spokojnie w domu… Czuję, że wykorzystałam doświadczenie, które zdobyłam w poprzednich latach – w pracy z muzykami, z pracy w studiu, ze sceny. Udało mi się osiągnąć cel jaki sobie wyznaczyłam. Rzeczywiście gitary wiodą prym na tym albumie, w końcu to mój ulubiony instrument. Robert też jest świetnym gitarzystą, w dodatku ma bardzo dużo sprzętu więc jest w stanie wydobyć bardzo dużo brzmień w różnych stylach, które potem mogliśmy dowolnie splatać ze sobą. Wyszła nam płyta w której jest trochę brudu, trochę człowieka, trochę fajnych pomyłek i dużo emocji. Umieściliśmy tam sporo wokali nagranych nawet w domu i nie staraliśmy się potem tego na siłę sterylnych warunkach poprawiać w studiu. Zupełnie się wyluzowaliśmy w tych kwestiach i staraliśmy się po prostu nagrać emocje i człowieka. Myślę, że się udało.

Macie jakieś anegdotki z nagrywania płyty? Jakieś wpadki studyjne?

Marcelina: Doskwierała nam ogromna złośliwość rzeczy martwych (śmiech). Pamiętam, że nie raz przychodziliśmy do studia, a wszystko odmawiało posłuszeństwa, nie wiedzieć zupełnie dlaczego. Odłączaliśmy więc pewne sprzęty, żeby je zawieść do osoby, która może je naprawić, nagle u tej osoby okazywało się, że wszystko działa (śmiech). Też złożyło się dużo sytuacji prywatnych, dość niekorzystnych. Przeżywałam rozterki, które nie były nawet zależne ode mnie tylko od ludzi, którym niepotrzebnie zaufałam i podobnie Janek Komar, który użyczał nam studia również miał swoje problemy osobiste, więc atmosfera momentami była między nami bardzo gęsta. To z kolei sprzyjało temu, żeby się czasem otworzyć, wypłakać, wyrzygać się z tych wszystkich emocji. Chodziliśmy więc razem na obiady, słuchaliśmy wspólnie muzyki, prowadziliśmy bardzo głębokie rozmowy, co finalnie troszkę przedłużyło czas nagrywania, ale dzięki temu zbliżyliśmy się do siebie i nagraliśmy ten album jeszcze lepiej. Dzięki tym problemom powstała też trzynasta piosenka – nie w kolejności na płycie, w założeniu utworów miało być dwanaście, a jest trzynaście. Właśnie takim utworem, który uwolnił mnie od złych emocji jest „Uwolnij Mnie”. Powstał on totalnie spontanicznie, Robert coś sobie grał na gitarze, a ja mu opowiadałam jak to jest u mnie źle, więc postawił sprawę jasno mówiąc „pisz o tym – tak to powinno działać, masz taki moment teraz, nie możesz sobie z tym wszystkim poradzić, to po prostu to spisz.” Nie poprawialiśmy jej, nagraliśmy całość właśnie w tamtej chwili, kiedy źle się czułam, ale wiem, że innego dnia ta piosenka nie zabrzmiałaby tak naturalnie. Mam mnóstwo podobnych historii związanych z tą płytą i pewnie dlatego jest ona dla mnie najlepsza z wszystkich dotychczas, taka najbardziej moja.

Czyli muzyka jest dla Ciebie formą terapii.

Marcelina: Tak, dlatego miałam problem z tym, że płyty były bardziej spokojne i nastrojowe niż koncert. Na co dzień jestem bardzo gadatliwą osobą, bliżej mi w stronę ADHD niż nostalgii, więc zawsze się wszyscy dziwili, że płyty są takie spokojne, a ja jestem taka pobudzona. Podobne reakcje były po koncertach. Chciałam więc uciec od tego problemu, ale też pisanie pomaga mi się oczyścić z wielu negatywnych sytuacji, dlatego siłą rzeczy pojawiają się czasem sentymentalno-nostalgicznie wstawki. Przy tej płycie podczas pisania starałam się zapamiętać te momenty, w których jestem pełna energii i wtedy uruchamiać w głowie mechanizm tworzenia tekstów. Spotykaliśmy się z Robertem dzień w dzień – on przynosił riffy, ja jakieś zalążki piosenek i tworzyliśmy. Zawsze starałam się tego samego dnia pisać od razu tekst, nawet jeżeli był on zupełnie abstrakcyjny. Kiedyś pamiętam przyszłam na próbę okropnie niewyspana i marudziłam, Robert stworzył jakiś mroczny riff i uznałam, że może właśnie o tym napiszę. Tak powstało „Nie mogę zasnąć” zrodzone z kulminacji różnych snów, które wtedy mnie męczyły. Trochę więc przestawiłam swoje myślenie, żeby nie pisać tylko w momentach nostalgii, ale też pamiętać o tym, że potem jest koncert, wszyscy są nabuzowani i niekoniecznie te emocje się w tych momentach pokrywają.

Lubisz podczas koncertu czerpać energię z tłumu?

Marcelina: To jest właśnie w koncertach najprzyjemniejsze – spotkanie z ludźmi, wymiana energii. My zarażamy ludzi, oni zarażają nas.

Jesteś chyba trochę taką „Zosią – samosią”, chyba nawet Cię kiedyś tak na naszym portalu nazwaliśmy pisząc o tym, że w przypadku płyty zajęłaś się niemalże wszystkim – okładką, tekstami, teledyskiem… Lubisz mieć kontrolę nad tym co Cię otacza?

Marcelina: Lubię, bo kiedy myślę o płycie to zawsze myślę o niej jako o całości. Staram się, żeby to wszystko było spójne, żeby teksty opowiadały różne historie, żeby nie było monotematycznie i podczas słuchania tej płyty możne było poznać mnie jako człowieka. Pilnuję też żeby sesja zdjęciowa pokazała najbardziej aktualną mnie, żeby koncert był spójny – np. kiedy wybieramy jakiś cover to żeby pasował on do materiału i miał jakieś swoje uzasadnienie. Lubię się w to wtrącać – zdjęcia, grafika, okładka, nawet głupia czcionka! Zawsze się tego wszystkiego czepiam. To jest też bardzo fajne, bo mogę się przy tym rozwijać, uczyć nowych rzeczy – np. przy drugiej płycie czcionkę do niej zrobiłam sama. Czerpię potem przyjemność z tego, że ludziom się to podoba. Oczywiście za efekt finalny zawsze odpowiada zaufana osoba, która jest profesjonalistą – reżyser, grafik czy fotograf, jednak zawsze staram się być tym zapalnikiem, żeby ktoś nie myślał za mnie, bo to wtedy już nie byłoby do końca moje.

Chciałam Cię zapytać o myślę ważną w Twojej karierze sprawę – mianowicie nominację do Fryderyka. Patrząc na Twój staż jako artystki, to ta nominacja przyszła do Ciebie bardzo wcześnie – od razu po pierwszej płycie! Byłaś jeszcze bardzo młodą artystką. Są artyści, którzy nigdy takiej nominacji nie otrzymali mimo pokaźnego stażu i wielu nagranych płyt.

Marcelina: Nie taką młodą… (śmiech) Patrząc na to jak teraz ludzie pierwsze płyty wydają w wieku 16 lat to już byłam stara. Ale faktycznie ta nominacja przyszła do mnie bardzo szybko, bo tak jak wspomniałaś, zaraz po pierwszej płycie. Na początku wszystko było bardzo nagłe i zaskakujące – po pierwsze zdziwiłam się, że to wytwórnia sama do mnie przyszła, potem ta nominacja do Fryderyka, nagroda „Warto” Gazety Wyborczej. Było mi z tym wszystkim bardzo miło i cieszyłam się, że skorzystałam z tej okazji, bo przyznaję, że bliska byłam tego, żeby wytwórni odmówić. Myślałam, że zwyczajnie nie jestem gotowa. Ale ja jestem taką osobą, która w niektórych sprawach musi mieć nóż na karku, bo samej czasami ciężko mi się zebrać i uwierzyć w to, że „tak, już możesz”. Także ta nominacja była dla mnie takim dużym klepnięciem po plecach, które powiedziało „rób to dalej, rób więcej, zaufaj sobie”.

Wracając jeszcze do tych książek, o których wspomniałaś na początku wywiadu, już zupełnie z ciekawości powiedz co lubisz czytać?

Marcelina: Jezu, teraz wyjdę na taką mądrą, a ze dwa lata nie umiałam się zebrać na to, żeby sięgnąć po jakąś książkę. Tyle było naokoło mnie wątków i myśli, które zaprzątały moją głowę, że po dziesięciu minutach okazywało się, że jestem cały czas na tej samej stronie i kompletnie nie wiem co czytam. Zupełnie nie potrafiłam się na tym skupić. Zewsząd pojawia tak wiele bodźców – myśli o tym co jeszcze miałam zrobić, maile, telefon – które odciągają od takich właśnie przyjemności. Dlatego nadrabiam teraz te zaległości – znów czytam, mam zamiar wybrać się do teatru – chociaż z tym nie jest tak źle, bo byłam ostatnio na „Słonecznych chłopcach” i „Oleannie” , a z książek na pierwszy rzut wzięłam „Gottland” Szczygła, teraz czytam Boginie z Żitkovej czeskiej autorki Kateriny Tućkovej i czytam to trochę na zmianę z biografią Keitha Richardsa z The Rolling Stones.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...