music is ... muzyka z najlepszej strony.

Daniel Bloom w Poznaniu

Daniel Bloom / mat. prasowe

Daniel Bloom / mat. prasowe

Można powiedzieć, że to nic oryginalnego, że wszystko to już było i gdzieś to słyszeliśmy. Jednak nowy projekt, kolaboracja, a właściwie należałoby to określić jako supergrupa, Daniela Blooma jest na polskiej scenie muzycznej czymś wyjątkowym. Pomijając fakt świetnej koncepcji i produkcji „Lovely Fear” (nie mogło być inaczej, skoro główny bohater tego zamieszania stoi m.in. za genialnym „S.O.S. Kosmos”), główną przyczyną sukcesu jest niewątpliwie podejście do muzyki, a zwłaszcza zaskukujaco ujmująca próba przekazania swojego materiału publiczności.

25 lutego Daniel Bloom rozpoczął oficjalnie trasę promującą najnowszy krążek koncertem w poznańskim Blue Note. Wybór nieco chybiony, powiem szczerze – miłośnikiem tego miejsca nie jestem i raczej nigdy nie będę, zwłaszcza przez bezplciowy charakter i nagłośnienie wołające momentami o pomstę do nieba. Cóż, zawsze mogło być gorzej, w Poznaniu jest sporo innych gorszych miejsc, które skutecznie zabiłyby nawet najlepszych artystów. Wracając jednak do samego koncertu, bo zdaję sobie sprawę, że żadna w tym wina zespołu, Daniel Bloom ze swoją świtą skutecznie pozwolili mi zapomnieć o miejscu, w którym się znajduję. Dość zaskakującą sprawą była różnorodność wiekowa publiczności, w której królowały osoby w sile wieku, co jest co najmniej ujmujące i podkreślające dojrzałość twórczości Blooma. Najbardzej przykuł moją uwagę jednak inny element – całkowita spontaniczność, szczerość, brak patosu, dość urocze pomyłki czy zerkanie Marsiji na ściągę podczas wykonywania tytułowego utworu „Lovely Fear”. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem dokładnie zaplanowanego budowania aury wyczekiwaiania i podniosłości wydarzenia, jednak w tym przypadku zupełne porzucanie tego było strzałem w dziesiątkę. Podczas poznańskiego koncertu gościnnie zaśpiewała wcześniej wspomniana Marsija z Loco Star i Mela Koteluk. Ta pierwsza nie miała łatwego zadania, musiała zastąpić Gabę Kulkę w numerze „How To Disappear” i Iwonę Skwarek w „Lovely Fear”, co wyszło bardzo pozytywnie i z wyczuciem. Tomek Makowiecki rozkręcił atmosferę przy „Heartbreakers” i całkowicie zaczarował publiczność swoim wokalem w „Addicted”, który spokojnie można określić mianem najpiękniejszego i najciekawszego momentu tego wydarzenia, całkowicie detronizując wywołującą największe emocje „Kataraktę” – wyszła bardzo przeciętnie, zabrakło trochę mocy, być może zawiniło nagłośnienie. Nie zabrakło rownież materiału z „S.O.S. Kosmos” z utworem „Airport” na czele, które pozwolił na całkowite odrealnienie.

Daniel Bloom udowodnił poznańskim koncertem, że połączonie wyczucia i dojrzałości muzycznej, choć zapewne wynikającej z dojrzałości emocjonalnej, jest złotym środkiem i alternatywą dla nadmuchanych, ociekających patosem koncertów, jakich na polskiej scenie muzycznej jest ostatnio wiele. Jestem ciekaw jak dalej potoczą się losy tego projektu, zwłaszcza, że występ w Poznaniu był jedynie początkiem. Bardzo dobrym początkiem.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...