music is ... muzyka z najlepszej strony.

Petite Noir / mat. prasowe

Petite Noir La Vie Est Belle / Life Is Beautiful

data wydania: 2015-09-11
wydawnictwo: Domino

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Ubiegły rok był wyjątkowo udany dla artystów sięgających w swojej muzyce do tradycji. Możliwe, że był to trend niezauważalny w skali globalnej, ale kiedy patrzę na swoje prywatne podsumowanie to znajduję w nim i fantastyczny duet Ibeyi, i Mbongwana Star, które wywróciło moje postrzeganie muzyki z szeroko pojętej Afryki, jak i Nicolę Cruza, który swój debiut osadził w rdzennych rytmach spod Andów. W tę przestrzeń idealnie wpisuje się Petite Noir, który na swoim pierwszym albumie syntetyzuje obszerny zakres brzmień tworząc mieszankę świeżą i intrygującą zarazem.

Już EP-ka „King of Anxiety” kazała przypuszczać, że artysta ma potencjał godny szerszego wykorzystania. Długogrający debiut tylko potwierdził, że warto było pokładać w Yannicku Ilundze nadzieję – jego noirwave broni się w każdym wymiarze. Kiedy world music staje się nieco wyświechtaną etykietką, on udowadnia, że czerpanie z nieoczywistych źródeł może dać pozytywne efekty. Warto zrobić więc krok do przodu i przyjrzeć się bliżej, co Petite Noir ma do zaoferowania. A przygoda zaczyna się już z enigmatycznym „Into Noirwave”, prezentującym motor napędowy całego albumu, czyli zaborczą perkusję. Serwowany przez nią mniej lub bardziej galopujący rytm to bijące serce każdego kawałka. Najlepiej element ten został wyeksponowany w wycofanym „MDR”. Powtarzany wers, zaczerpnięty prosto z musicalu „Grease”, wpisany w tą konwencję, zostaje pozbawiony oryginalnego rozbuchania na rzecz intymności z pulsującym pożądaniem w tle.

Podążając wyznaczoną ścieżką okazuje się, że to tylko z pozoru dżungla nieokreślonych dźwięków. Tak naprawdę świat noirwave to mozaikowa struktura, w której każda inspiracja ma rację bytu. Zdarza się, jak w „Best”, że przebywając w post-punkowym krajobrazie zostaje się wystraszonym szalonymi dęciakami. Z kolei w „Seventeen (Stay)” spokojne zwrotki kontrastują z opatrzonym fantastycznym syntezatorowym tłem refrenem. Natomiast mające trip-hopowe tendencje „La Vie Est Belle / Life Is Beautiful” w stabilność dwóch dźwięków pianina i monotonnej linii basu wprowadza francuskojęzyczny fragment, który serwuje kongijski raper Baloji. Wszystkie te wycieczki tworzą jednak spójny konglomerat. Słuchając albumu ma się wrażenie, że przechodzenie od synth-popu do afrykańskiego bluesa jest rzeczą naturalną i oczywistą.

Jeszcze jedno – krążek nie miałby takiej siły przekazu, gdyby nie umiejętności wokalne Ilungi. Jego głos w większości wije się gładko między dźwiękami instrumentów, co przyprawia o ciarki na przykład we wspomnianym już utworze tytułowym. Artysta potrafi jednak z wysokich, łkających rejestrów przejść do wyraźnych deklaracji, jak prawie wykrzyczana fraza w „Best”. Taki złamany, pełen niedopowiedzenia baryton sprawia, że nawet cukierkowe linijki „Just Breathe” mają delikatnie gorzkawy wydźwięk.

Można by rzec, że Petite Noir w swoim debiucie sięga do korzeni. Czym jednak one de facto są dla artysty wychowanego w Belgii, w rodzinie kongijsko-angolskiej, a obecnie rezydującego w RPA? Lepiej po prostu stwierdzić, że czerpie on z całej przebogatej oferty światowej muzyki i tworzy własne jej interpretacje. Ilunga bawi się zbiorem wydawałoby się niepasujących do siebie puzzli, a nam pozostaje zdziwienie finezją powstałego obrazu. W dzisiejszych czasach mur, którym kiedyś był ograniczony dostęp do treści, zanika, dając pole do popisu nieszablonowo myślącym artystom. Nie pomylę się więc stwierdzając, że „La Vie Est Belle / Life Is Beautiful” to popowy album na miarę naszej globalnej wioski.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...