music is ... muzyka z najlepszej strony.

król: „Chciałbym grać jak William Basinski. Ale już William tak gra”

król / mat. prasowe

król / mat. prasowe

Błażej Król to muzyk pochodzący z Gorzowa, określany często nadzieją polskiej sceny alternatywnej i jednym z najciekawszych polskich artystów ostatnich lat. Ma na swoim koncie m.in. dwa albumy z UL/KR. W 2014 roku zdecydował się na karierę solową, czego wynikiem są trzy samodzielne płyty. Rozmawiałem z Błażejem w warszawskim biurze Kayax o nowym wydawnictwie „Przez sen”, o tym, dlaczego nie słucha już polskich zespołów, czy potrzeba nas na zagranicznych festiwalach czy wreszcie o tym, czego najbardziej żałował przy wydaniu „Wija”…

Faktycznie jesteś taki płodny muzycznie czy to bardziej widzimisię wytwórni?

W żadnym wypadku. W zasadzie wydawanie w Kayax to jest moje widzimisię. Ten ruch mógł sprawić, że kilka osób, a nawet trochę więcej, mogło pomyśleć, że już chcę robić karierę, już chcę robić kasę. Kasę jaką robiłem, taką robię, tutaj się wiele nie zmieniło, dalej pracuję na co dzień. Oczywiście, zarabiam na tym pieniądze, ale jakoś specjalnie nie ma nacisku ze strony wydawcy. Spotykamy się w zasadzie dwa razy roku, mailujemy przez menadżera lub też osobiście. Nie ma żadnego nacisku. Tak jak już wcześniej mówiłem, ten rok od wydania „Wija” i teraz „Przez sen” dużo zweryfikował. Zweryfikował w takim sensie, że był to bardzo dobry wybór. Kayax, tak jak w przypadku „Wija” dostał gotowy materiał, tak w przypadku nowej płyty dostał go w ten sam sposób. Powiedzieli – ok, świetny album, wydajemy, tutaj masz termin. Myślałem, że będzie to dłużej trwało, a przy drugiej płycie było to naprawdę szybko, wysłałem album w styczniu i Kayax od razu powiedział, żeby szybko nakręcić teledysk i wydać płytę.

11 marca wydajesz swój trzeci solowy album „Przez sen”. Czym się różni normalny proces twórczy od twojego, robionego w tak zawrotnym tempie?

Mówisz, że tworzę w zawrotnym tempie?

No tak, tworzysz albumy systematycznie, co rok, od 2012 roku i pierwszej płyty UL/KR. Czymś to się różni od zwykłego procesu twórczego?

Nie wiem, ja zawsze tak pracowałem. Wydaje mi się, że duży wpływ ma to, że pracuję w tym markecie. Są dwie opcje, tzn. jest więcej, ale ja stawiam na dwie. Pierwsza to taka, że mógłbym nagrywać mniej, przez to, że miałbym dużo czasu, a nie umiałbym go odpowiednio wykorzystać. Nie byłoby mowy o jakiejkolwiek higienie pracy. To taki paradoks, że masz dużo czasu, a tak naprawdę nie masz czasu na nic. A teraz mam tak, że muszę iść do pracy, muszę wykonać domowe obowiązki, rodzinne, ale znajduję parę godzin dziennie na tworzenie. Jestem w pracy 12 godzin, pracuję przez dwa, trzy dni, a potem mam dwa, trzy dni mam wolne. I to też nie jest tak, że siedzę całymi dniami w studio… a raczej w sypialni i działam, bo też mam do wykonania takie czynności jak odkurzanie, posprzątanie kotom, które żona mi zostawia.

A nie masz takiego wrażenia, że wydawanie płyty rok po roku ogranicza taki motyw oczekiwania? Mam wrażenie, że ciebie to w ogóle nie interesuje i taki sposób czy systematyczność jest dla ciebie naturalna.

Może tak być. Możliwe, że u części słuchaczy pojawia się pewien przesyt.

Ale w którym momencie trasy myślisz sobie, że tak, to jest ten moment na kolejną płytę?

Nie, to się zbiera. To nie jest tak, że „o, teraz sobie nagram płytkę”. Teraz też mam z siedem tekstów i na dobrą sprawę, jakbym dograł kilka melodii, to mógłbym usiąść i już zacząć nagrywać. Ale chyba zrobię sobie przerwę. W tym momencie skupiam się na projekcie Lauda tworzonym z żoną, który jest bardziej instrumentalny i eksperymentalny. Chcę też wydać w tym roku jeszcze jeden niepiosenkowy album i Króla sobie chyba odpuszczę. Chociaż mam pomysły, wydaje mi się, że nagrałbym dobrą płytę, dochodzę do dobrych rozwiązań. Odchodzę od tworzenia i nagrywania na komputerze. Przy nowym albumie to się połowicznie udało. Oczywiście, komputer jest ważnym instrumentem w pracy twórczej, natomiast chciałbym teraz nagrywać bez jego pomocy. Mam pomysł na duety, to może trochę dziwnie brzmi, ale chciałbym nagrać płytę z kilkoma osobami, ale nie wiem jak to wyjdzie, bo jestem ciężki, mam mało czasu.

Wspomniałeś o Laudzie. To jest taka forma odskoczni?

Nie, absolutnie nie. Jest to jeden z elementów układanki. Iwona, od momentu, kiedy się poznaliśmy zawsze dokładała swoje trzy grosze, czy to słowne, czy to instrumentalnie, czy wokalnie. Gdzieś to w nas kiełkowało, żeby zrobić coś razem, ale były też obawy z mojej strony, bo łączenie prywatnych rzeczy z zawodowymi jest trudne. Wiesz, dwie osoby, emocje, to może w jakiś sposób zaburzyć związek. Natomiast okazało się, że jest to dla nas coś zajebistego. To były pierwsze koncerty Iwony, ale odnalazła się w tym. Wychodzi to świetnie, moim zdaniem. Nie traktuję tego jakoś po macoszemu – zarówno Król jak i Lauda są dla mnie ważnymi projektami i w danej chwili poświęcam się im w stu procentach.

To, że postawiłeś na karierę solową wynika z tego, że jesteś takim indywidualistą?

Odkąd jestem mężem wolę spędzać czas z żoną. W sposób naturalny odsunąłem się od znajomych jakich miałem. Po tych pięciu latach bycia ze sobą odbieram to jako bardzo duży plus, jest spokój, jest luz.

Wracając do twojego nowego albumu – w wielu wywiadach wspominałeś, że tekst i warstwa liryczna jest dla ciebie najważniejsza i dopiero potem tworzysz resztę…

Może nie najważniejsza, ale powstaje jako pierwsza.

Właśnie, i przy tej nowej płycie, mam wrażenie, że trochę się to wyrównało. Dobrze to odbieram?

W pewnym momencie zdarzyło się coś takiego, że ten album stał się nie tyle eklektyczny… wiesz co, to nie tyle że sny nakręciły ten pomysł. Pomysł pojawił się później. Ten album jest czymś w stylu – kładziesz się do łóżka, zasypiasz, wstajesz siku – dwa razy można na przykład, albo w ogóle, w nocy. Wybudzasz się, jesteś na jawie, jesteś zaspany, odbierasz SMSa, zasypiasz znowu i pojawia się sen. Nie ma tutaj ciągłości. Ciężko mi o tym mówić, bo nie mam jeszcze odpowiedniego dystansu do tego materiału. Wiem o co mi chodziło, w pewnym momencie, gdy już kończyłem materiał, było to dla mnie coś w rodzaju „tak, to jest to!”, ale potem straciłem do tego dystans. Czasem pojawiają się zarzuty, choć ja w tym widzę pozytywne rzeczy, że to są szkice, że to jest nieskończone, brakuje tutaj basu, a tu by się prawdziwa perkusja przydała. Okej, ale nie dla mnie.

A to nie jest trochę tak, że lakoniczność opisu nowego wydawnictwa jest wyciągnięciem wniosków z notki prasowej „Wija”, w której wymieniłeś, że inspirowałeś się latami 80. i wypisałeś te wszystkie zespoły?

Tak, bardzo żałuję. To był trochę zabieg nie do końca prawdziwy. Chcieliśmy po prostu trochę ułatwić dziennikarzom, słuchaczom, w jakiś sposób ich naprowadzić. Nie był to ruch komercyjny, tylko bardziej służący zaciekawieniu, bo na przykład jeśli chodzi o płytę Lecha Janerki „Ur”, to ja jej nigdy w całości nie przesłuchałem, słuchałem paru utworów i to dopiero po nagraniu. Kilka osób powiedziało, że „Wij” jest do tego podobny. Każdy słyszy to, co chce słyszeć. Lubię lata 80., lubię italo disco, lubię automaty perkusyjne, które w tamtych latach były wykorzystywane i są z nimi kojarzone. Natomiast nie jestem jakimś tam zbieraczem, nie archiwizuję płyt tylko z lat 80. W pewnym momencie, czytając różne recenzje, zmęczyłem się tymi latami.

No właśnie, wydaje mi się, że w przypadku nowej płyty odszedłeś od lat 80. na rzecz współczesnej muzyki. Słyszę też trochę inspiracji Thomem Yorkiem, na przykład w utworze „Nie płacz” czy „Daj się uśpić”.

No, może trochę taki klimat jest.

A czym się inspirowałeś?

Niczym.

Niczym konkretnym?

Nie, no, słucham dużo różnej muzyki. Teraz chciałbym grać jak William Basinski. Ale już William tak gra. Tak zupełnie serio – to gdzieś tam podświadomie przemyka. Jest świadomość tworzenia, świadomość tego, co chcę oddać, ale nie ma czegoś takiego, że świadomie dochodzę do wniosku, że chciałbym, żeby dany utwór zabrzmiał jak połączenie Thoma Yorka z jakimś modnym zespołem. No jakimś tam. Nie wiem. O, Moderat.

Słuchając „Przez sen”, mam wrażenie, że on jest najbardziej „twój” – taki surowy i oddaje to, co chcesz przekazać na żywo, na koncertach. Jest coś w tym?

Może to podświadomie wychodzi. Jeśli chodzi o koncerty, gramy od jakiegoś czasu na zasadzie „żywej gry”. Takie granie, po prostu. Teraz to znowu będzie zaprzeczenie, bo nowy album jest jak mgła, a koncerty będą raczej jak burza. Materiał jest już aranżowany i będzie to zagrane zdecydowanie mocniej.

A dlaczego nie chcesz stworzyć albumu, który odzwierciedlałby to, co chcesz przekazać podczas koncertów?

Nie, no, mógłbym. Są różne szkoły tego. Ja wybrałem inną. Po pierwsze, żeby coś zabrzmiało tak jak na płycie, musiałbym puszczać bardzo dużo gotowych rzeczy, czego nie chcę robić, albo mieć więcej instrumentalistów w zespole, czego na tę chwilę też nie chcę robić. Płyta jest złapaniem jakiejś chwili, porównuje to do malarstwa, do pisania. Przy albumie pracuję sam, potem z chłopakami z zespołu to aranżujemy. Nie jestem taki samolubny. Gdybym był samolubny to nie sprawiałoby mi to przyjemności. Płyta w pewnym momencie się nudzi, a koncerty w cały czas na mnie działają. Ten materiał koncertowy też cały czas się zmienia – słuchając występów promocyjnych na początku trasy i tych niedawnych, to jest to ogromna różnica. I to jest różnica na plus.

Wspominałeś, że pracujesz w markecie. O ile dobrze pamiętam, w dziale muzycznym, tak?

Tak. Muzyka, film, książka i akcesoria.

Jakbyś wziął w pracy do ręki swój najnowszy album, to w której kategorii byś go umieścił?

Robię to i muszę. Wrzucam ją na muzykę polską.

Po prostu?

Po prostu. To jest piosenka polska. Wiesz, dla osoby, która słucha wymagającej muzyki to będzie to pop. Natomiast dla osoby, która słucha łatwej i przyjemnej muzyki ze składanek Bravo Hits, to już nie będzie pop. Także jestem gdzieś na środku.

Kiedyś na swoim profilu na Facebooku skrytykowałeś pewien polski zespół za tekst…

Byłem trochę pijany, żałowałem tego. Wiesz co, teraz nie słucham polskich zespołów.

W ogóle?

Znaczy, przesłuchuję kilkukrotnie, kilkunastokrotnie te płyty. I nawet jeśli muzycznie mi się podoba, to tekstowo niezbyt. Może jestem już starym dziadem, ale od czasu pierwszej płyty Kobiet, pierwszej płyty Ścianki czy pierwszej płyty Pogodno, nie ma już dobrych tekstów. Tam był tekst. Nawet jeśli te zespoły tworzyły po angielsku to robiły to tak, jakby chciały to przedstawić ludziom z podwórka. Teraz w większości śpiewamy po angielsku, ale nie myślimy po angielsku. No chyba, że ktoś myśli po angielsku – to przepraszam. Ja nie myślę po angielsku, rozumiem co drugie, a nawet co piąte słowo.

Ostatnio powstało sporo młodych zespołów, które starają się, chociaż po części, tworzyć po polsku…

Nie, no, jakie młode zespoły starają się śpiewać po polsku?

Chociażby The Dumplings, Coals, Rysy czy Jóga. Uważasz, że do języka polskiego trzeba dojrzeć?

Mam nadzieje, że tak i mam też nadzieję i coś czuję, że niektóre polskie zespoły znów zaczną śpiewać po polsku. Chociaż wiadomo – łatwiej się śpiewa po angielsku, ja sam zaczynałem od wymyślania języko-naśladowczych tekstów, które oscylowały w języku anglosaskim. Natomiast jeśli nawet będzie to uważane za grafomaństwo, to jest garstka ludzi, których polski tekst jebnie gdzieś w serce albo w głowę. Są artyści w Polsce, którzy mają świetne teksty: Natalia Przybysz, Mela Koteluk, Artur Rojek. Ale to są dziadki. Jeśli chodzi o te młode zespoły, to ta polskość, ale nie rozumiana jako żołnierze wyklęci i prawica praworęczna, ale taka polskość, lokalność, która istniała pod koniec lat 90. – scena trójmiejska, Mysłowice, scena warszawska. To był taki lokalny patriotyzm. Zespoły zapożyczały pomysły z innych państw, ale jednak czuć było ten nasz koloryt. I coś czuję, może to teraz wymyśliłem, że to będzie wracać.

Myślisz?

Kurwa, mam nadzieję.

A propos tego co teraz powstaje, da się zauważyć tę wszechobecną modę na elektronikę i skandynawskie, chłodne wpływy. Jak myślisz, w którym momencie będzie przesyt?

Wydaję mi się, że to już. Mam nadzieję, że niedługo ci wszyscy muzycy się obudzą i te wszystkie zagraniczne festiwale, na które jesteśmy zapraszani – ja nie, bo śpiewam po polsku – ale może nawet bym nie chciał. Chociaż mieliśmy kiedyś propozycję jechania do Nowego Jorku i odmówiliśmy. Powinniśmy sprzedawać to, jacy jesteśmy. Nie potrzeba nas za granicą.

Wspominałeś, że chciałbyś nagrać płytę w duecie. Masz jakieś konkretne marzenie odnośnie tego?

Nie, marzenia nie mam. Poczekaj, możemy zobaczyć co jest w teczce Rojka albo Kayah. Zobaczę czy jest teczka Króla w tym biurze. Nie ma, ale lipa. Pewnie w piwnicy trzymają… Słuchaj, nie mam żadnych marzeń, nie chciałbym pójść jakoś wyjątkowo chętnie na jakiś koncert, ponieważ moje marzenia cały czas się spełniają. Jestem szczęściarzem, oby to trwało.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...