music is ... muzyka z najlepszej strony.

In side Shout

Olbrzym i Kurdupel & Willi Hanne In side Shout

data wydania: 2016-29-01
wydawnictwo: Requiem Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Znajomość nazwisk uczestników tego projektu pomaga odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę może być „In Side Shout”, jednak ostateczna odpowiedź nie staje się wyznacznikiem, w jaki sposób w zastanej rzeczywistości mamy się odnaleźć. Tym gorsza jest to przeprawa dla tych, którzy z Tomaszem Gadeckim, Marcinem Bożkiem, a także niemieckim perkusistą Willi Hanne nie mieli żadnej styczności, a jazzowa stylistyka pojawia się raczej jako niezauważalna muzyka tła. I ten album mógłby pogłębić tylko podział wytworzony między tak zwaną klasyką, a popkulturą. Wątpię jednak, że ktokolwiek się tym przejmie.

Można powiedzieć, że jeśli przyjąć pewne stałe punkty podobnych improwizacyjnych współprac, nie ma tu niczego zaskakującego. A jednak przewidywalne warianty tworzące ten album wciąż dostarczają nowych wrażeń. Głównie za sprawą niespotykanego patentu zabawy ciszą. Tkaną z różnorodnych dźwiękowych skrawków przestrzeń niemal nieustannie przecina saksofonowy krzyk, próbujący scalić wszystkie instrumentalne ożywienia. Te pojedyncze, efemeryczne kompozycyjne niedopowiedzenia działają jednak wyjątkowo właśnie wtedy, gdy trio postanawia przeciwstawić je wyciszeniu, zatrzymaniu. Operowanie ciszą jest zawsze trudniejsze, bo nieumiejętność wychwycenia odpowiedniego momentu między nutą a jej brakiem może popsuć całość.

Tutaj nie ma z tym żadnego problemu, także z powodu zróżnicowania wrażeń i pomysłów. Najciekawiej zdają się działać te najwolniej rozbudowywane pozycje. Począwszy od rozedrganego wprowadzenia jakim jest „Vestibule”, przez dziwnie kojącą pulsację „Cochlea” aż po „Intertragic notch”, czuć wspomnianą już zależność cisza-dźwięk. Co chwila zdarzają się jednak fragmenty mocniejsze, bardziej dynamiczne, nadające na tym samym poziomie i w tym samym celu. Pełnowymiarowa aranżacyjna progresja następuje w „Conch”, podczas gdy „Ear Drum” to standardowy free jazzowy wybryk, nieskrępowane wyżywanie się za pomocą instrumentów.

Prawdziwe przebudzenie saksofonu następuje w poszarpanym „Eustachian tube”, gdzie niesprecyzowane odgłosy mieszające się z niewyraźnymi, ledwo wychwytywalnymi przebiciami gitary basowej i perkusji dają kolejno poczucie: przerażenia, wyciszenia, transu. Ciekawie wybrzmieniwa „Audiotory ossicles”, które swoim charakterem zdaje się kierować w nieco zniekształcony klimat noir. Z kolei „Antihelix” przynosi niespokojność, poczucie nadciągającego sztormu. I rzeczywiście, następujący po nim trzynastominutowy „Antitragus” to potęga wrażeń, która z bezpiecznych, spokojnych, choć wciąż przerażających terenów oka huraganu, wraca ponownie w obszar pewnej brutalności.

Ta emocjonalno-uczuciowa żonglerka jest jedyną poważną bronią trio w nierównej walce o utrzymanie skupienia. Jest to o tyle trudne, że zastany tu brak oczywistej melodyki i pozbawiona wokalnych wstawek free jazzowa aranżacja nie ma siły przebicia muru muzycznych przyzwyczajeń przypadkowych słuchaczy. To nieprzystosowanie nie musi jednak okazać się całkowitą porażką i skutkować odrzuceniem tego materiału, ostatecznego uznania go jako zbyt wymagającego. To właśnie dzięki tym wszystkim brakom i innościom trio może ułożyć historię przemawiającą sprawniej niż te stworzone przy pomocy znanych już słów i dźwięków. Opowieść tętniącą życiem, choć wyjątkowo niedosłowną w swym wybrzmiewaniu.

Zresztą zrzucanie na odbiorców odpowiedzialności poznania i wnikliwej oceny podobnych wydawnictw byłoby posunięciem niesprawiedliwym. Strofowanie ich za muzyczne i stylistyczne wybory mas nie przychodzi w przypadku „In Side Shout” łatwo, bo to album nieco bardziej wymagający. Nie staje się jednak żadnym snobistyczno-elitarnym dziełem. Nie jest utrudniony naumyślnie, ale raczej swobodnie wynika ze złożoności samych muzyków, ich charakterów, pewnie nawet artystycznego szaleństwa. Przecież prócz posługiwania się wielowątkowymi improwizacjami, twórcy podjęli próby przyciągania przez solidniej scalane kompozycje. Przypatrując się jednak temu jak w dziwnej materii Hanne, Gadecki i Bożek się odnaleźli i w jaki sposób zdołali ten przepływ fonii pokazać, można stwierdzić, że być może to w ogóle nie jest trudna płyta.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...