music is ... muzyka z najlepszej strony.

Elliphant Living Life Golden

Elliphant Living Life Golden

data wydania: 2016-03-25
wydawnictwo: Kemosabe

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 9 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Przelałem już dziesiątki słów zachwytu nad tą szaloną Szwedką, dlatego zabieranie się za tę recenzję jest dla mnie dość trudne. Elliphant przyzwyczaiła nas bowiem do bezkompromisowej mieszanki stylów, niespożytych ładunków energii i słów wystrzeliwanych niczym karabin maszynowy. „Living Life Golden” stoi zaś jakby w opozycji do wszystkiego, za co pokochaliśmy niepokorną Ellinor.

Zwiastunem tej zmiany miała być EP-ka „One More”. Jak sama autorka mówiła w wywiadzie sprzed roku, głównym celem tego wydawnictwa było stworzenie pomostu, łącznika pomiędzy twórczością dawną a nową. Misja ta w pewnym stopniu zakończyła się sukcesem. Już tam mogliśmy się przekonać o bardziej lirycznym, choć nadal wyrażanym w buntowniczy sposób, obliczu Elliphant. Sam zaś tytułowy kawałek z minialbumu migrował także na longplay, do którego niestety nie przystaje. Jego obecność tłumaczę raczej zasłużonym statusem hitu oraz popularnością występującej w nim gościnnie MØ.

Kolaboracji na „Living Life Golden” znajdzie się zdecydowanie więcej. Najjaśniej wśród nich (na całym albumie także) świeci „Where Is Home” wyprodukowane przez Twin Shadow. Podbity chwytliwym bitem, synthpopowy kawałek pozwolił Elliphant wykazać się zarówno wokalnie, jak i narracyjnie. Do tej pory trudno było znaleźć w jej piosenkach emocje przekazywane tak prawdziwie, jak w tym refrenie. Również ponowna współpraca ze Skrillexem okazała się bardzo owocna przynosząc kawałek „Spoon Me”, będący electro-wariacją na temat romantycznej ballady.

Niestety tak samo dobrych słów nie mogę powiedzieć o duecie z Azealią Banks oraz utworze wyprodukowanym przez Major Lazer. Połączenie powalającej energii Elliphant z każdą tych dwóch, kontrowersyjnych i nieco szalonych postaci, dawało nadzieję na produkcje o atomowej sile rażenia. W zamian za to otrzymaliśmy zwyczajnie nudne „Everybody” nagrane z Banks oraz co najwyżej poprawnie popowy, choć na swój sposób uroczy „Love Me Long”, o który zadbał Major Lazer. Z westchnieniem przypomina się działające mocniej niż kawa „Too Original” z zeszłorocznego albumu „Peace is the mission” Diplo i spółki.

Na wyróżnienie wśród pozostałych, samodzielnych utworów zasłużyły szczególnie „Player Run” oraz „Not Ready”. Pierwszy z nich, cudowny, można powiedzieć czysty dancehall, wręcz porywa na parkiet i prowokuje do płynnego bujania biodrami. Drugi zaś to mocno inspirowany reggae manifest młodości z refrenem skrojonym pod skandowanie przez tłumy. Ciekawostką jest nieco soulowa zwrotka „Thing Called Life”. Wyróżnia się power balladowe zacięcie „Hit and Run” czy naiwnie optymistyczne przesłanie tytułowego utworu. Wspólnym mianownikiem całego materiału jest orbitowanie w stronę łatwych w odbiorze melodii.

Słuchanie „Living Life Golden” to jak obserwowanie wiecznie zbuntowanej, łamiącej zasady, lubiącej używki młodej dziewczyny, która pod wpływem miłości próbuje sobie poradzić z nowo nabytą i egzotyczną dla niej dojrzałością. Album ten w pewnym stopniu żegna wysławiające imprezy bangery w stylu „Booty Killah” czy „Only Getting Younger”. Nie usłyszymy już na wpół rapowanego so fuck tomorrow… Jednak to nie ta zmiana tematyczna rzutuje tak mocno na moją ocenę premierowego materiału. Jego pozytywny wydźwięk został niestety opakowany w umiarkowanie atrakcyjną otoczkę muzyczną.

„Living Life Golden” jest międzynarodowym debiutem Elliphant, powstałym zapewne w dużej mierze na fali sukcesu, jaki odniosła ona w Europie wśród słuchaczy samodzielnie wyszukujących świeże brzmienia w sieci. Polubili Ellinor za szaleństwo, za przełamanie stereotypu lirycznego Skandynawskiego muzyka czy za odważne mieszanie stylów. Te cechy z powodzeniem mogły służyć do opowiada historii miłosnych czy radosnych traktatów o życiu. Na ich miejsce Szwedka wprowadziła jednak w większości proste, zachowawcze melodie. Wyczuć można oko puszczone w stronę amerykańskiej, jak sądzę mniej wymagającej publiczności. Mając w stajni takie hity jak „Spoon Me”, „Club Now Skunk” czy „Best People In The World” liczę, że po sukcesie „Living Life Golden”, jaki jej mimo wszystko wróżę, Elliphant wróci do korzeni.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...