music is ... muzyka z najlepszej strony.

YAI

Jeff Buckley "You and I"

data wydania: 2016-03-11
wydawnictwo: Columbia Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Ktoś niezorientowany w sytuacji patrząc na liczbę wydawnictw Jeffa Buckleya mógłby pomyśleć, że za życia był on niezwykle produktywnym człowiekiem – umarł w wieku 30 lat, a albumów i EP-ek jest co niemiara. Oczywiście bliższe przyjrzenie się tym wydawnictwom ujawnia powtarzanie się tych samych kawałków na każdym kolejnym krążku, a wśród nich pokaźną liczbę coverów. Prawda jest taka, że za życia Buckley nagrał tylko jeden album – „Grace”. Kolejnego skończyć już nie zdążył, a mimo to „Sketches for my Sweetheart the Drunk” ukazało się po jego śmierci jako kolejny krążek. Podobnie zresztą jak cała seria krótszych oraz dłuższych wydawnictw koncertowych i studyjnych zawierających coś czego wcześniej jeszcze nie słyszeliśmy.

„You and I” to zbiór nagrań demo po latach znalezionych w studiach Sony, ale w przeciwieństwie do wcześniejszych albumów nie ma tutaj prawie niczego nowego. Na dziesięć utworów aż osiem to covery, ale nie umniejszając talentu Buckleya ani jego zdolności do reinterpretacji cudzych kawałków (w końcu to facet, który ukradł Cohenowi „Hallelujah”), to te wykonania już słyszeliśmy. „Just Like a Woman” Dylana pojawiło się na przykład na „Live At Sin-é”, podobnie jak „Calling You” i „Night Flight” Zeppelinów. Co więcej są to nagrania demo, co oznacza, że bardziej niż w pełni uformowane kompozycje przypominają luźne jam session. I podczas kiedy Dylanowskie „Just Like a Woman” jest na tyle przesiąknięte duchem Jeffa Buckleya, że mogłoby znaleźć się na „Grace”, to „Everyday People” w większym stopniu jest niezobowiązującym plumkaniem na gitarze.

Na „You and I” znalazły się dwa utwory The Smiths, w repertuarze których Buckley najwyraźniej czuł się wybornie. Poruszające „I Know It’s Over” obok wspomnianego już „Hallelujah” oraz „Lilac Wine” należy do najlepszych reinterpretacji, jakich Buckley się podjął. Brzmi wybornie, aczkolwiek jest to bardzo wierna kopia wersji Morrisseya, a jego trudno przebić.  Ciekawostką jest tu „Poor Boy Long Way From Home” Bukki White’a, w którym Buckley po raz pierwszy zmienia tembr głosu w celu dostosowania się do gatunku i po raz pierwszy nie brzmi śmiertelnie poważnie.  Jedyne oryginalne kawałki na albumie to wersja demo „Grace”, która ucieszyć może jedynie najzagorzalszych kolekcjonerów nagrań artysty, bo po co komu szkielet piosenki, jeśl i znamy już jej pełną, zapierającą dech w piersiach wersję. „Dream of You and I” zaś trudno uznać za pełnoprawny utwór, jeśli sporą jej część wypełnia monolog Buckleya na temat snu, który ten fragment zainspirował.

Zazwyczaj artyści nie lubią, gdy słucha się ich nieukończonych dzieł, boją się, że ktoś zinterpretuje je w zły sposób lub zwyczajnie uzna za kiepskie. Jeff Buckley – gdyby mógł wypowiedzieć się zza grobu – najprawdopodobniej zbeształby tych, którzy próbują ogrzać się w blasku jego sławy i przy okazji zgarnąć za to niezłe pieniądze. Ile można jeszcze wycisnąć z kogoś, kto zmarł prawie dwadzieścia lat temu? Buckley był niekwestionowanym geniuszem, człowiekiem o niezwykłej wrażliwości i ogromnym talencie, ale może najwyższy czas zadowolić się tym co już mamy i dać sobie spokój z czymś co zaczyna przypominać grzebanie w grobie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...