music is ... muzyka z najlepszej strony.

postpop

Iggy Pop Post Pop Depression

data wydania: 2016-03-18
wytwórnia: Loma Vista

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Wielcy artyści z 2016 uczynili sobie rok pożegnań. Bowie wydał fenomenalne „Blackstar”, a teraz Iggy Pop wydał swój, jeśli wierzyć jego zapowiedziom, ostatni album – „Post Pop Depression”. Co prawda Pop ruszył z nim jeszcze w trasę, czego Bowie ze względów wiadomych nie uczynił, ale z tego co widać, kawałki z nowego wydawnictwa Popa wypadają również świetnie na żywo. Ciężko jednak żeby było inaczej, gdy u boku ma Josha Homme, Deana Fertitę i Matta Heldersa – czyli kolejno postaci z Queens Of The Stone Age, Dead Weather i Arctic Monkeys.

O tym krążku napisano już tyle przed premierą, że nie sposób nie odnosić się do pogłosek. Najlepsza płyta Iggy’ego Popa? Definitywnie nie – choć na pewno najlepszy od wielu lat. Trudno za to nie zgodzić się z twierdzeniem, że „Post Pop Depression” to bardziej album Josha Homme niż Popa. Krążek to nieco dojrzalszy następca „Like Clockwork…”, a świadczą o tym choćby takie numery, jak „Sunday”, „Gardenia” czy otwierające całość „Break Into Your Heart” z typowymi dla kompozycji Homme’a harmoniami wokalnymi. Sam Homme produkował zresztą ostatnie albumy Arctic Monkeys (zajął się także produkcją i tego, więc wszystko działa jak zwykle bez zarzutów, zdaje się być na swoim miejscu), Fertita miał przecież epizod w Eagles Of Death Metal, a teraz pogrywa w QOTSA – panowie znają się więc naprawdę dobrze i pracują razem w ściśle określonym stylu.

Nie jest to jednak żaden przytyk w stronę Iggy’ego Popa, bowiem on sam pokazuje, że „Post Pop Depression” nie można rozpatrywać jako jego solowego dokonania – już na okładce cała czwórka muzyków jest wymieniona z imienia i nazwiska. Wszyscy byli więc songwriterami i wnieśli coś od siebie. Widoczny jest także wpływ Bowiego na głównego bohatera tego zamieszania. Wystarczy posłuchać jednego z topowych utworów na płycie, „Chocolate Drops”, który brzmi, jakby Bowie dalej w tym procesie kompozycyjnym pomagał Popowi. Najbardziej Stoogesowy na płycie wydaje się być „In The Lobby”, gdzie Iggy ma nieco bardziej zadziorny wokal, gdzieniegdzie nawet pokrzykując niczym na starszych albumach.  W większości numerów dominuje jednak typowa Homme’owska maniera pisania linii wokalnych. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, co za perkusją wyrabia Matt Helders, bo wydaje się on być jednym z najzdolniejszych perkusistów młodego pokolenia. Pomijając już sposób produkcji, Helders gra na perkusji bardzo garażowo, oldskulowo.

Nie można jednak marginalizować postaci Popa, bo gdyby nie on, to omawiane wydawnictwo w ogóle by nie powstało – w końcu to on napisał do Josha pierwszy. Utwory tworzyli zresztą wspólnie na próbach, bez gotowych szkiców czy starych pomysłów. Trzeba się chyba po prostu przyzwyczaić do tego, że Iggy Pop nie nagra kolejnej płyty, jak z The Stooges, czy podobnej do tych pierwszych – z Jamesem Williamsonem. Pop się zmienił i poszedł za ciosem, na co wskazują zresztą jego poprzednie artystyczne dokonania. A w tym roku postawił poprzeczkę definitywnie nie do przeskoczenia, bo to jego najciekawszy krażek od czasu „Lust For Life”. Najlepszy album tego roku – już teraz.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...