music is ... muzyka z najlepszej strony.

Birdy

Birdy Beautiful Lies

data wydania: 2016-03-25
wydawnictwo: Warner Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Historia przemysłu muzycznego pełna jest nastoletnich debiutów, które swoją młodością i wdziękiem oczarowały miliony fanów na całym świecie. Do takich spektakularnych sukcesów zalicza się Jasmin van den Bogaerde, szerzej znana jak Birdy, która właśnie wydała swój trzeci album, a wciąż jeszcze jest nastolatką. Daleka jestem jednak od nazywania jej genialnym dzieckiem lub następczynią Kate Bush, albowiem pomimo niekwestionowanego talentu brakuje jej dojrzałości muzycznej, a to przekłada się na jakość nagrań. W kwestii dojrzałości warto przyrównać Brytyjkę do jej rówieśniczki z Nowej Zelandii, czyli Lorde, która mimo mniejszej ilości nagrań na koncie zdaje się wiedzieć dokąd dąży znacznie lepiej niż Birdy.

Zawartość wypełnionego coverami debiutanckiego albumu miała sugerować, w którą stronę Birdy pójdzie jak już zacznie nagrywać swoje piosenki. Artyści, których wybrała byli swoistymi wyznacznikami tego kierunku, jej własna twórczość miała mieć wspólny mianownik z Bon Iver, the XX, Mew czy The National, jednak w praktyce wyszło inaczej. Po wydaniu drugiego autorskiego krążka Birdy miota się gdzieś pomiędzy Jessie Ware a Florence Welch wciąż jednak nie zbliżając się do poziomu żadnej z nich. Największym przestępstwem młodej wokalistki jest brak oryginalnych pomysłów, a to z kolei prowadzi do nudy. Owszem, piosenki na „Beautiful Lies” są ładne, zgrabnie wyprodukowane a umiejętności wokalne samej artystki robią wrażenie, ale na tym się kończy.

Album zainspirowała Japonia, a konkretnie Wyznania Gejszy, które van den Bogaerde niedawno czytała. A jednak poza delikatną azjatycką naleciałością w „Growing Pains” i okładką krążka, próżno tu szukać odzwierciedlenia tej fascynacji. Zamiast tego postawiono na dynamikę, a jako że Birdy ma naturalne skłonności do tworzenia tzw. piano ballads, producenci nagrań postanowili wyciągnąć z niej coś więcej. Takim sposobem powstały „Wild Horses”, „Keeping Your Head Up” czy wspomniane już „Growing Pains”. Rezultat okazał się być dosyć marny, bo mimo że wokalistka ma teraz potencjalne, energiczne single, to wciąż bardziej naturalnie brzmi w intymnych balladach. Przykładem tego jest rozdzierające „Lost it All” oraz dwa utwory kończące album – „Unbroken” i „Beautiful Lies”. Lirycznie są to typowe wyciskacze łez w stylu Adele, ale wciąż robią wrażenie kiedy Birdy potrafi je pięknie zinterpretować.

Zanim jednak dobrniemy do końcówki tego krążka musimy pokonać trzynaście utworów i spróbować nie zasnąć, jako że większość z nich nie posiada żadnych cech szczególnych, które wyróżniałyby je z tłumu. Po kilku przesłuchaniach „Deep End” czy „Silhouette” wciąż nie jestem w stanie znaleźć w nich czegokolwiek nadzwyczaj ciekawego. Jeśli chcę doświadczyć dobrej pracy brytyjskich producentów, a przy okazji poczuć jakieś emocje, wolę wrócić do twórczości Jessie Ware. Jeśli chcę podziwiać talent nastoletniej gwiazdy to słucham zaskakująco dojrzałej Lorde. A jeśli mam akurat ochotę na głos Birdy to wybieram debiutancki album z coverami.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...